Wyróżnienie w XXVIII Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka
Jest lato 1966 roku. Samochód mknie drogą do Caspar w stanie Kalifornia. Niebo jest czyste, na poboczu rosną róże. Nagle samochód zwalnia i zatrzymuje się. Ze środka wychodzi niespełna trzydziestopięcioletni mężczyzna. Z pojazdu dobiega muzyka: utwór „All my life” w wykonaniu Elli Fitzgerald. Mężczyzna wyciąga z bagażnika kamerę i kieruje ją na rosnące przy płocie kwiaty. To, co utrwali teraz na taśmie filmowej, za dwadzieścia lat zainspiruje Davida Lyncha. Z nieba leje się żar.
Mój znajomy stwierdził, że niedługo AI będzie potrafiło w kilka minut wygenerować film, idealnie naśladując styl Bergmana, a wtedy cały przemysł filmowy przestanie być już potrzebny. Coraz częściej czytam o kinie, jakby należało ono do przeszłości. „Kino to sztuka XX-wieczna” – słyszę i czuję niepokój oraz smutek. Myśl, że to, co kocham w sobie i w sztuce, niedługo okaże się mało lub nic niewarte wobec możliwości technologii, nie daje mi spokoju. Z drugiej strony nie potrafię oprzeć się wrodzonemu optymizmowi i nawet w pesymistycznych scenariuszach próbuję dopatrzyć się dla nas nowych szans.
Czy rzeczywiście kino wkracza w fazę schyłkową? Dziesiąta z muz okaże się tą, która najszybciej odejdzie w zapomnienie? To pewne, że stoimy na skraju rewolucji, ale co nas po niej czeka?
Gdyby kiedyś za pomocą AI udało się stworzyć filmowe arcydzieło, nic nie stałoby na przeszkodzie, aby wygenerować kolejne, a potem jeszcze sto kolejnych i następne tysiąc lub milion. Zalani taką ilością filmowej dobroci mielibyśmy dwie możliwości: uznać, że kinematografia dotarła do swoich granic i należy przestać się nią zajmować, albo rzucić się na ten nieskończony zbiór i zacząć go klasyfikować. Pierwsza opcja niosłaby ze sobą potrzebę odnalezienia nowego masowego medium (jego składową z pewnością byłoby AI), druga sprawiłaby, że wyszukujący zastąpiłby twórcę, a więc role krytyka i reżysera uległyby zespoleniu. Może być więc tak, że pewnego dnia obudzimy się w świecie jak z opowiadania „Biblioteka Babel” Borgesa – z tą różnicą, że nasza biblioteka będzie biblioteką porządku, a nie chaosu.
Jednak stworzenie choćby jednego filmowego arcydzieła przez AI nie wydaje się oczywiste nawet wobec wzrastających możliwości sztucznej inteligencji. Po pierwsze dlatego, że ani my, ani AI nie wiemy, czym właściwie jest „arcydzieło”. Po drugie dlatego, że równie mgliste w swoim znaczeniu jest dla nas słowo „film”. Określenia, takie jak „film”, „literatura” czy „sztuka”, odnoszą się do przeszłości, nazywają to, co już powstało. Pojęcia te zmieniają się więc w czasie, są dynamiczne, nie wyznaczają granic przyszłości. AI może mieć nieograniczone możliwości, ale chcąc by stworzyło ono dla nas zupełnie nowe i oryginalne dzieło filmowe (tylko takie mogłoby okazać się arcydziełem), nie będziemy wiedzieć, o co właściwie poprosić. Trudno w takim wypadku oczekiwać, by odpowiedź nas satysfakcjonowała.
Może się okazać, że AI nie będzie potrafiło tworzyć samodzielnie, a ludzie (choć niestety tylko w ograniczonej roli) będą nadal potrzebni. W takim wypadku kino może podzielić los malarstwa. Kiedy w XIX wieku wynaleziono aparat fotograficzny, wielu obawiało się, że ludzkość przestanie sięgać po farby. Turner sądził podobno, że fotografia oznacza koniec sztuki, Baudelaire pisał, że jest ona jej wrogiem, natomiast Flaubert wyrokował, że malarstwo wkrótce stanie się przestarzałe. Fotografia jednak w pełni zastąpiła jedynie malarstwo użytkowe. Charakteryzujące nowe medium perfekcyjne odzwierciedlenie rzeczywistości było przydatne w portretach, sztuką okazało się manipulowanie nim. Regulacja przysłony i długość naświetlania taśmy stały się dłutem rzeźbiącym w nowym tworzywie. Czy tak jak malarstwo zrodziło fotografię, tak kino zrodzi AI-kino? Czy tak jak malarstwo przetrwało, tak przetrwa i kino? Dziś sztuczna inteligencja kojarzy nam się z tym co generyczne i bezmyślne, ale może będziemy zmuszeni zmienić zdanie, gdy tylko nauczymy się nią manipulować, a więc kiedy odnajdziemy dłuto, którym moglibyśmy w niej rzeźbić. Wówczas AI-owa nienaturalna idealność przestanie nas razić, a podobnie jak hiperrealizm fotografii stanie się dla naszego oka cechą charakteryzującą medium.
Jeśli tradycyjny film przetrwa, to raczej na dystrybucyjnym marginesie i tym samym zakończy się era powszechnego kina teatralnego. A skoro nie będą już potrzebni aktorzy, kostiumy i dekoracje, film w oczywisty sposób zbliży się do literatury. Piszący prompt, podobnie jak autor powieści, zacznie decydować o wszystkim. Mamy już powieści graficzne, być może wkrótce pojawią się również powieści filmowe? Może w szkołach filmowych scenariopisarstwo zastąpi promptopisarstwo? To, co kinematografia wykształciła do tej pory, może okazać się alfabetem wystarczającym do tego, aby operujący nim indywidualni twórcy stworzyli nowe arcydzieła. Na ten alfabet składają się: rodzaje montażu, kolorystyka, scenografie, różne aktorskie ekspresje, itp.
Czy widzowie chętnie pójdą do kina na film, w którym występują aktorzy AI? Na razie nie jesteśmy na to gotowi, ale skoro nie przeszkadzają i nigdy nie przeszkadzali nam nieposiadający prawdziwej twarzy bohaterowie literaccy, to być może kiedyś zaczniemy podobnie traktować bohaterów AI-filmowych. Jedni i drudzy żyją jedynie w głowie swoich autorów, a różnią się tylko tym, że postacie z powieści pozbawione są opisu wizualnego, wyrażającego się językiem filmu. Jeśli zaś chodzi o aktorów, którzy stracą pracę – może nie będziemy musieli się o nich martwić, bo nowy rodzaj kina obudzi w widzach głód realnego spotkania i w miastach gwałtownie wzrośnie liczba teatrów? Chociaż to chyba niestety myślenie życzeniowe.
Rozwój AI rodzi wiele wyzwań, a jednym z największym z nich jest problem ochrony własności intelektualnej. Czy algorytm ma prawo karmić się moją pracą? Czy firmy rozwijające sztuczną inteligencję powinny odpowiadać za to, że ktoś, wykorzystując ich narzędzie, popełnia przestępstwo? Jedno jest pewne: nadciągająca rewolucja dotknie nie tylko kino, ale również prawo.
Rok temu głośno było o filtrze przerabiającym zwykłe zdjęcia na grafiki w stylu studia Ghibli. Wspomnienie tamtej afery nasuwa dość oczywisty pomysł, by w światowe prawodawstwo wprowadzić pojęcie „plagiatu stylu”. Ale gdzie wówczas postawić granicę? Co uznamy jeszcze za element mody, a co już za zrzynkę? Czyją własnością intelektualną będą te elementy stylu, które wypracowały całe formacje artystyczne? Kino to jeden wzrastający wspólnie organizm. Każdy czerpie od każdego. „Koneser” Tornatorego naśladował „Zawrót głowy” Hitchcocka, „Gwiezdne wojny” Lucasa „Straż przyboczną” Kurosawy, „Odlot” Doctera i Petersona „Paciorki jednego różańca” Kutza (to moja ulubiona i autorska teoria spiskowa, nawet imiona bohaterów się zgadzają!), a „Mój sąsiad Totoro” Miyazakiego „Lato u dziadka” Hou Hsiao-Hsiena. A może nie powinniśmy budować jednego systemu prawnego, obowiązującego zarówno zwykłych twórców, jak i tych korzystających z AI? Twardsze restrykcje powinny dotyczyć użytkowników sztucznej inteligencji? Ale czy wprowadzenie takiego rozdziału jest wykonalne i sprawiedliwe?
Powyższe dywagacje zakładają, że pojęcie „własności intelektualnej” przetrwa rewolucję AI, a to niestety nie jest oczywiste. Trudno wyobrazić sobie dwie wytwórnie generatywnych filmów nawzajem oskarżające się o kradzież intelektualną – to absurd. Jeżeli więc sztuczna inteligencja wrośnie w nasze życie odpowiednio głęboko, jeśli każdy z nas będzie się nią codziennie posługiwał, tworząc i pracując, a dodatkowo produkcję filmową zdominują Midjourney i Open AI, to wówczas „własność intelektualna” może stać się pojęciem anachronicznym i nieprzystającym do rzeczywistości.
Wątpię, by tradycyjne kino miało w przyszłości całkowicie zniknąć. Myślę, że w najgorszym wypadku podzieli ono los rękodzieła. Znajdzie swoją niszę, bliższą raczej domom kultury niż kinowym multipleksom i wypełni się twórcami-pasjonatami, nieliczącymi na zbyt wielki zarobek.
Taka wizja może i trochę uspokaja, ale jednak przede wszystkim smuci. Kino przeżywa kryzys i wydaje się, że nadchodzące zmiany tylko go pogłębią. Świadomość, że żyję w czasach zmierzchu kultury filmowej, po raz pierwszy dotknęła mnie trzy lata temu na seansie „Fabelmanów”. Film poprzedził wtedy kilkunastosekundowy wstęp Stevena Spielberga. Reżyser dziękował w nim widzom za to, że zdecydowali się na seans w kinie, a nie w domu. Gadająca głowa przemawiała do niemal pustej sali. Na pokaz przyszło tylko kilka osób, w tym pewna spóźniona para, która wyszła, gdy tylko skończyła jeść popcorn.
Im dłużej analizuję mój niepokój i smutek, tym więcej dostrzegam w nich obawy o samotność. Bo przecież jeśli moje pisanie o filmie nie będzie już potrzebne, to ja przestanę być dla kogoś ważny. Jeżeli interesujące mnie filmy zaczną być produkowane taśmowo, to stracę dla siebie twórców, którzy od lat mi towarzyszą.
Film, którego okoliczności powstania opisuję na samym początku tekstu to „All my life” Bruce’a Bailliego. Składa się on z tylko jednego trzyminutowego ujęcia. Kamera sunie wzdłuż płotu porośniętego krzewami róż i na końcu wznosi się, by ukazać błękitne niebo. W tle słychać śpiew Elli Fitzgerald.
Wielokrotnie nominowana do nagrody Pulitzera Manohla Dargis nazwała „All my life” „jednym z najdoskonalszych filmów, jakie kiedykolwiek widziała”. Inspirował się nim też David Lynch. Błękitne niebo i rosnące przy płocie róże w scenie otwierającej „Blue Velvet” są skradzione z filmu amerykańskiego awangardzisty.
Obejrzałem „All my life” kilka miesięcy temu i wciąż nie mogę przestać o nim myśleć. Baillie zauważył przy drodze róże i po prostu postanowił je sfilmować. Ta szczera, dziecięca wręcz motywacja sprawia, że na ekranie widzimy coś więcej niż kwiaty. „All my life” jest zapisem spojrzenia, jest niemal samym Baillim. Te róże nie poruszyły mnie same w sobie. Poruszyły mnie, bo zrozumiałem, że nie patrzę na nie sam. Ten, z którym dzieliłem ich obraz, wydawał mi się przez krótką chwilę niezwykle bliski. Zdałem sobie sprawę, że kino, literatura i sztuka są nie tylko fizyczną lub elektroniczną materią, ale przede wszystkim (a może tylko?) środkami komunikacji i miejscami spotkań. Ta prosta myśl nie tylko je uwzniośla, ale również oddala lęki. AI nie zastąpi twórców, bo nie stanie się jednym z nas – ludzi. Będzie zawsze czymś między nami.
Co ciekawe, utożsamianie filmu ze spotkaniem w ostatnich latach rośnie w siłę. Jego skutkiem jest choćby cancel culture. To nie jest tak, że nie chcę obejrzeć filmu Allena – ja nie chcę, żeby Allen do mnie mówił! Nie chcę się z nim spotykać!
Myślę, że jeśli rozwój sztucznej inteligencji nie zwolni, to w ciągu najbliższych lat kino dokumentalne i home video rozsiądą się wygodnie na piedestale światowego kanonu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w 2032 roku, na przygotowywanej co dekadę przez brytyjski magazyn Sight&Sound liście stu najlepszych filmów w historii, znalazło się kilka dzieł Jonasa Mekasa. Zapytałem Chata GPT o jego typ na rewelację następnego plebiscytu. Odpowiedział nudno, że w najlepszej dziesiątce znajdzie się „Parasite”. Czas pokaże, kto z nas bardziej się pomylił.
Jest późny marcowy wieczór 2026 roku. Piszę ten tekst i wyglądam na podwórko. Moimi różami na drodze do Kalifornii są ciepłe plamy światła z bloku naprzeciwko. Otwieram okno i wpuszczam do mieszkania poznańskie powietrze. Uśmiecham się. Ta cholerna zima w końcu się skończyła. Myślę o pracy, o eseju, który właśnie tworzę, o godzinie, na którą ustawić budzik i o tym, że w mojej rodzinnej Łodzi Widzew znowu przegrał. Jedna z róż właśnie zgasła. A teraz następna. Pozostałe też w końcu znikną. Rozpłyną się w ciemności, każdą z nich zdławi senność jej opiekuna. Znowu myślę o budziku i Widzewie. A teraz o moich różach. O tym, że te konkretne widzę po raz ostatni. O tym, że Ty, Czytelniku nie zobaczysz ich nigdy.
Być może kiedyś AI stworzy samodzielnie film idealny, ale nawet jeśli, to taki film, pozbawiony życiodajnej krwi swojego twórcy, będzie martwy. Sztuczna inteligencja jest tylko matematyką o jasno określonych kształtach – pełną precyzji, ale pozbawioną transcendentnej głębi ludzkiego oblicza. A przecież w każdym wielkim dziele ukryty jest zaczerpnięty z takiej głębi pierwiastek piękna, będący odblaskiem jej autora. Dla mnie kinofilia jest poszukiwaniem tych pierwiastków.
Kim jesteś dla mnie, Czytelniku? A kim ja dla Ciebie? Sztuka i kino są po to, by zadawać sobie takie pytania. Pytania, na które AI nigdy nie znajdzie odpowiedzi.
Paweł Służewski
tekst niepublikowany