III nagroda w XXVIII Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka
Jednym z najpowszechniej stosowanych równań w branży filmowej jest utożsamianie roku pracy z kilkunastoma minutami. W pracy selekcjonera festiwalowego wykorzystuję je kilkanaście razy dziennie. Za każdym razem, oglądając jeden ze zgłoszonych krótkich metraży, w czasie kilku chwil muszę podjąć decyzję o tym, jakie będą jego dalsze losy; zawierzyć własnej wrażliwości, uczuciom czy (umownej, bo jednostkowej) analizie warsztatowej. Rzecz jasna mogę ocenę zrewidować. Niekiedy obrazy, wydawałoby się średniego filmu, nawiedzają mnie wieczorami, powodując, że daję mu drugą i trzecią szansę, konsultuję go z innymi. Nawet jeśli jestem więc w stanie zmniejszyć niesprawiedliwość tego zestawienia na korzyść twórców, jednego faktu nie mogę zmienić. Dla osoby zgłaszającej swoje własne dzieło będzie ono jedyne, wyjątkowe, najlepsze. Dla mnie musi pozostać jednym z wielu.
Praca selekcjonera (w połączeniu ze zdiagnozowanym OCD, przez które kwestionuję praktycznie każdą decyzję w moim życiu), nauczyła mnie dość szybko, że muszę wmontować w sobie pewne bezpieczniki. Poza wyrobieniem standardów kultury pracy (by zminimalizować prawdopodobieństwo wpływu zewnętrznych czynników – gorszego dnia, zmęczenia, dekoncentracji), musiałem ustalić punkty odniesienia. Pewne drogowskazy, do których będę wracał myślami lub ponownymi seansami. Jednym z nich stała się twórczość Julii Orlik. Nie tylko dlatego, że to najwybitniejsza animatorka swojego pokolenia, a więc wzorzec artystyczny (w postaci kadru z Jestem tutaj), który zawsze nosze ze sobą pod powieką. Orlik zawdzięczam bezpiecznik dla mnie najważniejszy – siedmiominutowy przewodnik po kulturze pracy animatorki i ekonomii prestiżu.
Rzeczonym przewodnikiem jest To nie będzie film festiwalowy, który wbrew tytułowi filmem festiwalowym był, i to dość utytułowanym (z dyplomami od Poznania przez Angers po Koszalin). Widz dyplomowego dzieła reżyserki zostaje przez nią potraktowany jako słuchacz stand-upu, odbiorca poetyckiego slamu (całość jest rymowana, miejscami tyleż nieudanie, co urokliwie) oraz jej spowiednik. A właściwie spowiednik jej bohaterki.
Orlik w centrum opowieści stawia animatorkę przygotowującą swoje magisterium. Spędza ona kolejny rok u rodziców w garażu, próbując zrobić film poza jej dotychczasowymi standardami, inny, bardziej osobisty. Film o niej i o jej pracy. Zresztą, sama nam się do tego przyznaje – całość narracji konstytuuje monolog tłumaczący jej proces twórczy i wszystkie jego niepewności. Nikt, kto obejrzał film, nie ma wątpliwości, że między bohaterką-reżyserką a faktyczną reżyserką można stawiać znak równości. Sygnalizuje nam to sama Orlik: animatorkę nazywa Julitą Rolik, umieszcza na ścianach obrazy i zdjęcia Mariusza Wilczyńskiego i Piotra Dumały (opiekunów pedagogicznych jej animacji). Zabieg ten to bardziej kpina z figury narracyjnego porte parole niźli faktyczna próba oddzielenia się od postaci.
Zresztą brak dystansu jest elementem, który zdaniem narratorki konstytuuje „niefestiwalość” jej dzieła. Jako aktywny obserwator polskiego rynku animacji powinienem na tę tezę głośno parsknąć – przecież to właśnie rodzinne historie tworzą najciekawszy pejzaż rodzimego kina animowanego. To pejzaż złożony z Dobrego serca Aleksandry Kubisy, w którym jej babcia, w trakcie smażenia obiadu, dzieli się swoimi traumami; Drogiego Leo Sokoloskiego Weroniki Szymy, na łamach filmu przekraczającej „niemożliwe” i żegnającej się z nieżyjącym pradziadkiem; Mojej mamy Agnieszki Popińskiej – równie kochającego, co ironizującego portretu tytułowej bohaterki, czy wreszcie Zabij to i wyjedź z tego miasta Mariusza Wilczyńskiego, będącego żałobnym hołdem dla zmarłych bliskich Wilka. To właśnie filmowe wyznanie Orlik nauczyło mnie jednak, by w takich chwilach się nie śmiać. Pod warstwą rymu i ironii jej scenariusza wybrzmiewa: moja opowieść nie jest na tyle ciekawa, byście chcieli mnie docenić.
Opinii bohaterki nie zmieniają nagrody, które co chwilę odbiera, nagrywając co i rusz na kamerkę (w ramach przerw od pracy nad dyplomem) podziękowania. Narracyjna beznamiętność ich ukazywania, ich powtarzalność odbiera im wyjątkowość. Być może wychodzi w tym przesadna skromność autorki (za wcześniejsze Jestem tutaj zgarnęła Jantara oraz nagrody w Lipsku, Paryżu czy Tallinie), być może jednak jest to dowód, jak bardzo nieznaczny wpływ ma na naszą samoocenę uzyskana walidacja – a zarazem jak bardzo destrukcyjny jej brak. O czym zresztą przekonuje się sama animatorka (zarówno Rolik jak i Orlik). Chwilę po nagraniu kolejnego wirtualnego podziękowania za statuetkę zamyka się w sobie zaraz po tym, gdy przyjaciółka osądziła jej nowy projekt: „Trochę nudne”.
Myślę o spowiedzi Orlik za każdym razem, gdy dobieram program festiwalu. Nie tylko po to, by przypomnieć sobie, jak ciężką pracą jest animacja, w której ekranowa minuta nierzadko kosztuje więcej niż tygodnie pracy. Przypominam sobie jej dzieło przede wszystkim po to, by na skutek moich własnych praktyk selekcyjnych, żadna młoda osoba tworząca nie pomyślała, że jej własna opowieść a priori nie może być filmem festiwalowym. Żeby nie żyła w przekonaniu, że umieszczając siebie w centrum, stawia się na pozycji przegranej, że jej własna historia (najważniejsza opowieść, jaką pisze każdy z nas) nie jest tego warta.
By jednak do tego momentu dojść, trzeba z kultury oceniania przejść do kultury doceniania. Proces ten rozpocząć należy jednak od samych siebie. A z tym, jak i z pokonaniem potrzeby zewnętrznej walidacji, jak wiadomo niełatwo. To rzecz jasna uwaga o branży. Ale przede wszystkim o mnie samym.
Maciej Kędziora
tekst niepublikowany