III nagroda w XXVIII Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka
Kto pokocha potwora Frankensteina? Homunkulus pozszywany z fragmentów ludzkich ciał błąka się samotnie po świecie. Nikt mu ani ręki nie poda, ani tym bardziej nie zaofiaruje. Gdy w „Narzeczonej Frankensteina” (1935) doktor Pretorius tworzy mu towarzyszkę, ta wzdryga się na widok potwora jak reszta świata. Wbrew tytułowi to nawet nie jest film o niej – kobieta gości na ekranie jakieś osiem minut. W 2026 roku Maggie Gyllenhaal pyta przekornie: a co, gdyby panna młoda miała własne serce i rozum? A co, jeśli sama zdecyduje się pokochać Frankensteina, a nie tylko dlatego, że właśnie do tej roli ją stworzono? W Hollywood uznano, że to subwersywny pomysł.
Córka (2021) Gyllenhaal była dla mnie filmem o tym, że życie jest jak woda: fala goni falę, odbija się od brzegu i przepada w bezkresie, choć z brzegu morze zwyczajnie stoi w jednym miejscu. Jej Panna młoda jednak bardzo daleko odpłynęła od jakichkolwiek oczekiwań, które miałam po debiucie. To tak, jakby spodziewać się delikatnej morskiej bryzy, a dostać nagle w twarz potężnym pierdnięciem. Podczas seansu zmysły zareagowały na szok odruchową odmową.
Wzmagam się przed błyskawicznymi opiniami. Po wyjściu z festiwalowych pokazów wszyscy wokół wydają się wiedzieć, co myślą, i pozostają w tych stanowiskach niezmienni. Tymczasem w mojej głowie dopiero rozkręca się machina neurobiologicznej translacji sygnałów na słowa. Płochliwy afekt inicjuje impuls, który trafia do kory mózgowej, gdzie formuje się w bardziej już śmiałą myśl. Ale kiedy już nauczyłam się ufać sobie, odkryłam, że równie mocno umiem się zachwycać, co irytować, a często właśnie filmy z drugiej kategorii zostają ze mną dłużej.
Bo jak mam łatwo rozprawić się z Wartością sentymentalną, filmem wirtuozersko skrojonym pod nagrody, przedstawiającym sztukę jako miejsce terapeutycznego dialogu? Jestem podejrzliwa wobec norweskiego kina, bo zbyt wiele rzeczy załatwia się tam rozmową, a ja wierzę, że to bardziej współbycie formuje relacje. W Wartości sentymentalnej Trier unika jakiegokolwiek kontestowania wizji świata docelowego odbiorcy, czym niemożebnie mnie zirytował. Ale wciąż nie umiem przejść nad nim do porządku dziennego.
Bo co, kiedy relacja z danym filmem ma swój fundament w rozczarowaniu? Bo obejrzałaś go już po cudzych zachwytach, bo wolałaś, żeby styl twórcy się nie zmienił, bo ty sama jesteś już inna, niż kiedyś. Co, jeśli film dopiero urośnie w tobie – będzie pęczniał jak drożdżowe ciasto, aż nie będziesz go mogła ignorować?
Nauczyłam się ufać sobie tylko po to, by znów poddawać wszystko w wątpliwość.
Chicago, lata trzydzieste XX wieku. Na prośbę “Franka” (Christian Bale) osobliwa lekarka (Annette Bening) wskrzesza mu wyciągniętą z grobu kobietę (Jessie Buckley). Para szybko przyciąga kłopoty i ucieka z miasta. W ślad za nimi rusza detektyw z wyręczającą go w pracy asystentką, palącą jak smok Penelope Cruz w idealnie skrojonym komplecie. Umowne śledztwo prowadzi nas po sznurku po pretekstowym świecie – gdy trop prowadzi do jednego z nowojorskich kin, inwigilatorzy od razu kierują kroki w odpowiednie miejsce. Poszlaki są nieistotne, ważna jest dynamika między ambitną Myrną a zgaszonym Jakiem (Peter Sarsgaard). Ona domaga się od niego legitymizacji kobiet w zawodzie, on oferuje jej jedynie zawód. Jak większość mężczyzn portretowanych w Pannie młodej wykazuje się słabością charakteru, jeśli nie wręcz zwyrodniałym duchem.
Mary Shelley wymyślona przez Maggie Gyllenhaal dialoguje z ożywioną z martwych oblubienicą Frankensteina. Nazywana jest naprzemiennie Idą lub Penelope, ale będzie musiała znaleźć własne imię nieuwikłane w patrylinearny system pokrewieństwa, sama Shelley najpierw nosiła nazwisko ojca, znanego filozofa, a następnie męża, słynnego romantycznego poety. Już na początku opowieści bohaterka Buckley zostaje opętana przez głos pisarki, który pierwotnie przynosi jej zgubę, ale pośmiertnie wyzwala z gorsetu mieszczańskich konwenansów. Pełna dzikiej radości będzie taplać się w fontannie i wysoko zadzierać za długą spódnicę.
Mary Shelley napisała swoje dzieło życia w wieku zaledwie 21 lat. Pomysł na Frankensteina narodził się podczas pobytu nad Jeziorem Genewskim, gdzie spędzała czas z mężem, przybraną siostrą i Lordem Byronem, złotym dzieckiem epoki romantyzmu. Ich wyjazd był brzemienny w skutkach jeszcze pod innym względem – fascynacja młodszej siostry znanym poetą zakończyła się ciążą. Byron miał pisać w tamtym czasie do znajomego: „mężczyzna jest mężczyzną – kiedy jakaś osiemnastolatka skacze wokół ciebie o każdej porze dnia i nocy – wyjście jest tylko jedno.” Niechciana Alba została przechrzczona przez ojca na Allegrę, a w wieku pięciu lat zmarła na tyfus. Biorąc sobie Shelley z całym jej bagażem za duchową opiekunkę projektu, reżyserka uznała za oczywisty wybór nacisk przede wszystkim na eksplorację feministycznych i antymęskich tropów. Takie odczytanie postaci pisarki to głównie pragnienie potomnych. Pytana o prawa kobiet (matka była przecież pionierką myśli feministycznej) Shelley odpowiadała: “Nie mam opinii. Na pewne tematy, szczególnie te związane z moją płciądo powiedzenia mam niewiele.”
Kim właściwie jest Ida? Jeszcze przed wypadkiem robi za tajną informatorkę policji. Obraca się w półświatku, gdzie kobietom odcina się języki za zabieranie głosu, odmowę i krzywe spojrzenie. Kiedy śledztwo zostaje zamiecione pod dywan, urządza awanturę. Mimo to film sugeruje, że staje się radykalną feministką dopiero wtedy, gdy opętuje ją duch Shelley. W wątku emancypacyjnym z czasem coraz łatwiej się pogubić. Kiedy naśladowczynie Idy wychodzą na ulice ubabrane czernią, nie sposób powiedzieć, o co tak właściwie prowadzą bój. W domyśle ma być nim zaprzestanie przemocy wobec kobiet, ale hasła wykrzykiwane przez Jessie Buckley to klisze i ogólniki. Feminizm Panny młodej sprowadza się do efektownych haseł: o samostanowieniu, odrzucaniu męskiego nazwiska, znajdowaniu własnego głosu. Ale za fasadą tych bon motów nic się nie kryje: rewolucja pochłania świat wyłącznie dla estetycznej frajdy z oglądania roztańczonych płomieni.
Zirytowałam się, że Panna młoda nie chce być traktatem o feministycznych tezach Sylvii Federici. Pogodziłyśmy się jednak po kilku dniach.
Pierwsza myśl po seansie: wyciszenie wcześniejszej adaptacji Eleny Ferrante zastąpił bełkotliwy słowotok. Musiała minąć chwila, zanim zaakceptowałam odmienność tych dwóch poetyk. Bo uroda Córki leży w emocjonalnym ciężarze i tym, co poza językiem, a „Panna młoda” jest rozkochana w powierzchowności słów: w ich brzmieniu, rytmie, maniakalnych wręcz aliteracjach i iteracjach. Ida chowa się za językiem, ale i dekonstruuje nim bezsensowną rzeczywistość. Powtarza przy tym słynne hasło Hermana Mellville’a – „wolałabym nie” – za bohaterem Kopisty Bartleby’ego, mężczyzną przepisującym dokumenty, który nagle postanawia zaznaczyć sprzeciw wobec monotonnej tyranii pracy, tylko pozornie dobrowolnej. Tajemnicza postać skryby, którego odmowa burzy obowiązujący porządek społeczny i obnaża jego kompletną umowność, jest najważniejszą duchową inspiracją dla postaci Idy.
Pannę młodą lubię, gdy nikt nie głosi w niej znamiennych manifestów. Wtedy mogę obserwować, jakimi kłączami moodboard twórczyń rozrastał się od gotyku i wiktoriańskiego horroru, docierając raz do ekstatycznej burleski i steampunku, a innym razem do tanecznych filmów z Fredem Astairem i Ginger Rogers. Albo patrzeć na Franka oczami Penelope, która wbrew reszcie świata widzi go pięknym i całuje blizny po zszyciach, zanim znów zaczną uciekać przed najbardziej nieporadną policją, jaką widziała epoka prohibicji. To kampowy świat, którego uroda leży w ostentacyjnym wyparciu realizmu. Jego autorka porywa się na romantyczną reinterpretację klasyki grozy – rozkochaną w łotrzykowatości, tańcach połamańcach, sprośnej piosence. Bo kiedy fabuła gna, to leci na łeb i szyję, a wszystko, co ma w sobie jakikolwiek elektryczny impuls życia bezwstydnie nie ogląda się za siebie.
Mam przyjaciółkę, z którą kiedyś zgodnie się nie znosiłyśmy. Ona uważała, że zadzieram nosa, a ja nie widziałam między nami żadnych punktów stycznych. Polubiłyśmy się dopiero, gdy parę rozmów zweryfikowało te założenia. Układanie relacji z filmem bywa równie przewrotne. Pamiętam, jak na DKF-owym pokazie połowa widowni wygwizdała „Supersamca”, uznając jego mizoginistyczny humor za odzwierciedlenie poglądów twórców. Tytuł rozminął się z ich oczekiwaniami dotyczącymi tego, czym sztuka być (nie) powinna, co nawet w komedii wypycha ze strefy komfortu i komplikuje sformułowanie opinii. A kiedy coś nas wkurza, ciężko rozgraniczyć, ile w tym komunikatu o filmie, a ile o nas samych.
Być może już zawsze będę postrzegała Wartość sentymentalną przez pryzmat nośnych festiwalowo klisz, a może za rok, dwa, Trier otworzy się przede mną wsparty właściwym nastrojem czy konkretnym doświadczeniem. A może za jakiś czas to na Pannę młodą spojrzę ponad blockbusterowymi kompromisami, wyławiając sedno wizji Gyllenhaal. Bo jaka byłaby rola krytyczki, gdyby każdy film poddawał się łatwym odczytaniom, nie wywołując reakcji innych niż spodziewane? Milej przywrócić życie trupowi, niż po prostu stwierdzić zgon.
Ku własnemu rozczarowaniu bywam niestała w sądach. Ale czego dowodzi zawód, jeśli właśnie nie pragnienia bycia oczarowaną?
Bogna Goślińska
tekst niepublikowany