II nagroda w XXVIII Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka
Jest coś tyleż oczywistego, co nieintuicyjnego w tym, że historyczne centrum globalnej popkultury filmowej, jakim jest Kalifornia, istnieje również w wymiarze lokalnym. Prawdopodobnie dla większości ludzi na świecie Hollywood jest przede wszystkim mitologiczną krainą zamieszkiwaną przez James Deana i Marilyn Monroe czy Stevena Spielberga i Alfreda Hitchcocka. Tymczasem prawdziwy Sunset Boulevard nie jest czarno-biały i mroczny jak film Billy’ego Wildera, asfalt na Mulholland Drive był wylany zanim swój sprzęt filmowy rozstawił tam David Lynch, a Beverly Hills High School, gdzie do szkoły chodziła Cher ze Słodkich zmartwień (Clueless, 1995, reż. A. Heckerling), jest prawdziwą szkołą średnią, którą ukończyła Angelina Jolie.
Obdarte ze swojej popkulturowej mitologii Hollywood staję się stosunkowo zwyczajną dzielnicą Los Angeles, w której nastolatkowe chodzą po szkole do zatłoczonego In-N-Outa na burgera z frytkami albo próbują dostać się wieczorem do jednego z klubów na Sunset Strip, pokazując na wejściu swój pierwszy, podrobiony dowód tożsamości. To Hollywood, które nie jest wypisanym na niebie imperium Warner Bros, Paramount czy Columbia Pictures, lecz skrzyżowaniem bulwarów Robertson i Santa Monica, gdzie co weekend rozciąga się kolejka złożona prawdopodobnie m. in. z dzieciaków z Tennessee odkrywających swoją seksualność w West Hollywood i czekających z ekscytacją, żeby wejść do The Abbey – klubu, który był dla Chappell Roan pierwowzorem słynnego Pink Pony Club.
O ile jednak Hollywood nie ma żadnych oporów przed fetyszyzowaniem swojej lokalności dla zysku, o tyle inna kalifornijska wytwórnia woli mówić szeptem, gdy mówi skąd jest. Położona od ponad ćwierć wieku w Emeryville wytwórnia Pixara znalazła swój dom w małej, północnokalifornijskiej miejscowości liczącej sobie trzynaście tysięcy mieszkańców i ściśniętej między znacznie większym Oakland i bardziej znanym Berkeley. Od 2000 roku tożsamość Pixara wyłaniała się w symbiozie z pograniczną tożsamością Emeryville – mieściny budującej swój charakter głównie przez osmozę z większymi i popularniejszymi ośrodkami wokół niej. Jednocześnie to niepozorne miasteczko wielkości Central Parku albo czterokrotnej powierzchni Łazienek Królewskich nie daje się zredukować wyłącznie do wypadkowej Berkeley, Oakland i San Francisco. Emeryville ma własną paradę równości, własny festiwal filmowy, darmowy transport publiczny (!), na który składają się dwie linie autobusowe, oraz stację kolejową, z której można w nieco ponad dwie doby dostać się bezpośrednim Amtrak California Zephyr aż do Chicago.
Kiedy Steve Jobs wyciągnął cały dział graficzny z Lucasfilm w 1986 roku, żeby stworzyć własne studio animacji filmowej, na terenie dzisiejszego kampusu Pixara funkcjonowała fabryka firmy Del Monte produkującej owoce w puszkach. Dopiero w 2000 roku otworzono tam pokaźne studio sfinansowane z pieniędzy zarobionych przez Dawno temu w trawie (A Bug’s Life, 1998, reż. A. Stanton, J. Lasseter). Projekt wielkiej, otwartej przestrzeni miał sprzyjać częstym kontaktom pomiędzy działami, co było pomysłem samego Jobsa, o czym świadczy dziś główny budynek na kampusie nazwany imieniem i nazwiskiem pana od Iphone’ów. Jednak w przeciwieństwie do studiów filmowych w Hollywood studio Pixara w Emeryville pozostawało od zawsze zamknięte dla zwiedzających. Podobno jedyna szansa na prywatne oprowadzanie to dobre stosunki z mieszkającymi w okolicy ochroniarzami kampusu.
Czesław Miłosz, który spędził w Berkeley czterdzieści lat życia, pisał w Widzeniach znad Zatoki San Francisco, że jeśli Kalifornia nie jest inną planetą, to musi być przynajmniej osobną kolonią planety Ziemia. Wydaje się, że poniekąd podobnie myślą o sobie Kalifornijczycy z północy stanu, którzy wolą utrzymywać swoje najbliższe sąsiedztwo pod kloszem elitarnej lokalności. Producentka ostatniego – ożywczo absurdalnego i zarazem rozbrajająco uroczego – filmu Pixara, Hopniętych (Hoppers, 2026, reż. D. Chong),w jednym z wywiadów mówiła, że to właśnie dystans od Hollywood daje ich studiu zdrową perspektywę na rzeczywistość i możliwość pozostawania w kontakcie z normalnym życiem. Trudno o bardziej typowe dla mieszkańców zatoki San Francisco przekonanie, że prawdziwe życie toczy się tu, w Północnej Kalifornii, której mieszkańcy mają charakter i osobowość — są bardziej crispy — w przeciwieństwie do Południowej Kalifornii, gdzie życie rzekomo toczy się rytmem trendów z TikToka i odnawialnych recept na Ozempic (notabene podejście uderzająco podobne do tego, jakie mają Kanadyjczycy wobec Amerykanów w ogóle).
Mimo nieobnoszenia się z lokalizacją swojego studia, Pixar nigdy nie odżegnywał się od lokalnego patriotyzmu. Jako wytwórnia produkująca animacje w trzynastotysięcznej miejscowości nie mógł sobie jednak pozwolić na bezczelną dosłowność Hollywoodu, dlatego za każdym razem podkreślał swoją lokalność bardzo dyskretnie, jedynie puszczając oczko do okolicznych mieszkańców przy okazji kolejnych produkcji. I tak chociażby fragment mapy Emeryville wraz z kluczową arterią San Pablo pojawia się na ekranie samochodowego GPSu w Iniemamocnych (The Incredibles, 2004, reż. B. Bird), a podczas finałowego wyścigu w Autach (Cars, 2006, reż. J. Lasseter) pokazany zostaje znak „Witamy w Emeryville” i informacja, że na czas tego wydarzenia miasto zostało zamknięte. Z kolei w jednej scenie Odlotu (Up, 2009, reż. P. Docter, B. Peterson) Carl zajada się lodami z liczącej ponad 130 lat Fentons Creamery — słynnej lodziarni z pobliskiego Oakland. To samo Fentons Creamery znalazło się na nagłówkach amerykańskiej prasy całkiem niedawno podczas tegorocznych zimowych igrzysk olimpijskich – gdy cały kraj spierał się, czy pochodząca z Oakland zdobywczyni złotego medalu w łyżwiarstwie figurowym, Alysa Liu, jest woke czy może jednak MAGA, Fentons Creamery po prostu ogłosiło, że zaprasza ją do końca życia na darmowe lody.
Z czasem Pixar przerzucił się jednak na strategię nieco bardziej wysublimowanych odniesień do swojej małej ojczyzny. Premiera W głowie się nie mieści (Inside Out, 2015, reż. P. Docter) rozgrywającego się w pobliskim San Francisco — przedstawionego jako przygnębiająca i szara metropolia będąca źródłem cierpień głównej bohaterki — zbiegła się akurat z okresem intensyfikacji czarnego pijaru wokół tego miasta jako symbolu problemów z bezdomnością i uzależnieniem od narkotyków. W tym samym czasie San Francisco zalewane przez napływ tech bros – takich jak ojciec z W głowie się nie mieści – stawało się tak drogie, że osoby mieszkające tam od pokoleń musiały często przeprowadzać się do tańszych budynków na przedmieściach. Mniej więcej od tego czasu Pixar kontynuuje swoją tradycję umieszczania ukrytych smaczków dla lokalsów, odwołując się już nie tylko do okolicznej topografii, ale też poniekąd do lokalnej polityki.
Najnowszy film studia, Hopnięci,w pewien sposób idealnie oddaje wewnętrznie sprzeczną tożsamość Emeryville, w którym kontrkultura spotyka technologiczny boom. Co może się bowiem wydarzyć, jeśli wylewający się poza San Francisco impet gentryfikacji oraz technologiczny rozpęd Doliny Krzemowej spotka się z artystyczno-uniwersyteckim duchem Berkeley oraz z historycznie kontestacyjnym Oakland, w którym zawiązała się niegdyś Partia Czarnych Panter? Splot tych nacierających na siebie frontów, które geograficznie przecinają się gdzieś w okolicy studia Pixara w Emeryville, można poniekąd odnaleźć w najnowszym filmie tej wytwórni opowiadającym o bobrach, ekologicznym aktywizmie i cynicznych politykach.
Hopnięci są historią młodej i gniewnej aktywistki ekologicznej, Matyldy, która lepiej dogaduje się ze zwierzętami niż z ludźmi. Bynajmniej nie dlatego, że boi się tych drugich – wręcz przeciwnie. Nieustannie organizuje protesty, wiece i zbiórki podpisów, walcząc w ten sposób ze swoim życiowym nemezis, czyli burmistrzem okolicznego Beaverton. Jerry, bo tak nazywa się znienawidzony przez Matyldę polityk, próbuje zapewnić sobie reelekcję poprzez dokończenie obwodnicy Beaverton. Jednak zrealizowanie tego infrastrukturalnego projektu oznaczałoby jednocześnie zniszczenie okolicznego stawu, który jest domem dla okolicznej fauny – w tym dla słodkich i fajtłapowatych bobrów. Do starcia między idealistycznym aktywizmem a skorumpowaną polityką włącza się z czasem też grupa ekscentrycznych naukowców z Uniwersytetu w Beaverton, gdzie prowadzone są fatalne w skutkach eksperymenty.
I choć Beaverton to teoretycznie prawdziwe miasto na przedmieściach Portland w Oregonie, nietrudno dostrzec, że siły, którą targają bobrzym losem w Hopniętych, pochodzą jednak skądinąd. Brama uniwersytetu w Beaverton jakimś trafem łudząco przypomina południową bramę Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, podobnie jak inne, drobne szczegóły, takie jak brzydkie, przemysłowe drzwi i industrialne, stalowe klamki, które wydają się wprost przeniesione na kampus Beaverton z uczelni zlokalizowanej nieopodal studia Pixara. Te przypuszczenia wydaje się potwierdzać fakt, że pokazana pod koniec filmu data założenia Beaverton poniekąd pokrywa się z datą założenie Berkeley. Z kolei planowana przez Jerry’ego autostrada numer 29 prawdopodobnie miała coś wspólnego z budowaną na północ od Berkeley drogą stanową o tym samym numerze, która przecina środek doliny Napa, tym samym tnąc w poprzek ekosystemów starszych niż tamtejsze winnice. Jakby tego było mało, charakterystyczne ulizanie włosów Jerry’ego na Patricka Batemana i jego ogólna śliskość upodabniają go w sposób niekoniecznie przypadkowy do gubernatora Kalifornii, Gavina Newsoma.
Lokalne tropy oczywiście mogą, ale wcale nie muszą, świadczyć o paranoicznym odczytaniu bajki o bobrach. Teorii o lokalnym zakorzenieniu bobrzej baśni sprzyja z pewnością fakt, że wszystkie główne osoby odpowiedzialne za stworzenie Hopniętych (reżyser Daniel Chong, scenarzysta Jesse Andrews i producentka Nicole Grindle) mieszkają w bliskim sąsiedztwie wytwórni, w której pracują, co pokazuje, że nawet globalna popkultura ma swoją lokalność, którą żywi się w mniej lub bardziej otwarty sposób. Natomiast rozmaite, zakamuflowane odniesienia do lokalnego aktywizmu i polityki bynajmniej nie czynią nagle z Pixara konspiracyjnej wytwórni realizującej swoją kontestacyjną agendę polityczną. Ostatecznie wszystkie konflikty pokazane w Hopniętych zostają rozpuszczone w logice bycia family friendly oraz uczenia współpracy i zrozumienia dla innych, co skądinąd trudno krytykować w przypadku animacji dla dzieci. Jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że, robiąc takie filmy jak Hopnięci, Pixar w specyficzny dla siebie sposób wyraża to, co pozostało po niegdysiejszej energii północnokalifornijskiej kontrkultury, która z czasem weszła w technologiczny sojusz z Doliną Krzemową.
Łukasz Kiełpiński
tekst niepublikowany