Sejsmograf polskiej duszy. Opowiadanie o Polsce zazwyczaj wiąże się z próbą uchwycenia mniejszego lub większego trzęsienia ziemi, jakiejś formy rozchwiania lub rozedrgania. Łukasz Ronduda stał się specjalistą w chwytaniu tego stanu i zaklinaniu go w spójną, mądrą, czułą i przyprawioną inteligentnym humorem całość.
Jego filmografia mówi sama za siebie. Stoją za nią prawdziwi artyści – ich emocje, lęki oraz twórcze poszukiwania, w których widzowie mogą przejrzeć się jak w lustrze. Gdyby kino Łukasza Rondudy było galeryjnym obiektem, to zapewne tym, wokół którego gromadziłaby się najliczniejsza i najbardziej różnorodna publiczność. Jako filmowiec przeszedł długą drogę: od kuratora narracji raczej hermetycznych i niszowych, przez twórcę kina zaangażowanego społecznie, aż po laureata Złotych Lwów w Gdyni i adwokata młodych Polaków. Zaglądał artystom do głów, katolikom w sumienie, millenialsom i zetkom w serca. Odnajdywał w ich wnętrzach niewyczerpane pokłady nowych, ujmujących wrażliwości, które stały się znakiem rozpoznawczym jego twórczych działań. Na tle rodzimego kina współczesnego niewielu reżyserom i reżyserkom zależy na zasypywaniu podziałów tak bardzo, jak jemu.
Płynnie przemieszcza się pomiędzy dokumentem a fabułą, arthousem a komercją, sztukami wizualnymi a filmem. Zapewne dlatego, że sam działa na styku różnych światów. Historyk i krytyk sztuki, reżyser, scenarzysta, wykładowca akademicki, pisarz, kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Centrum wszechświata Rondudy zawsze była jednak sztuka, a kino, krytyka i literatura krążącymi wokół niej planetami-mediami.
W wywiadzie dla Onetu, przeprowadzonym przez Jana Stąpora, Ronduda tak tłumaczy swoje podejście do roli filmowca: Wydaje mi się, że praca reżysera – w sensie warsztatowym – musi być łączona z innym doświadczeniem życiowym bądź kompetencjami lub dogłębną znajomością pewnych obszarów, które artysta wnosi do filmu. Tylko dzięki temu może powstać coś naprawdę oryginalnego, wzbogacającego kino, które bez przerwy żywi się przecież rzeczywistością w całej jej złożoności i bogactwie.

Powiedz mi, co czujesz, reż. Łukasz Ronduda
Studiował historię sztuki, kulturoznawstwo, filozofię, kończył kursy scenariopisarskie i reżyserskie; jest wykładowcą akademickim. Od początku kariery kuratorskiej flirtował z obrazami: pracował w Dziale Fotografii i Technik Muzealnych w Muzeum Sztuki w Łodzi, a warszawskim CSW Zamek Ujazdowski stworzył Archiwum Polskiego Filmu Eksperymentalnego. Od 2010 roku należy do zespołu kuratorskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
W 2004 roku zaprezentował w CSW Zamek Ujazdowski projekt Marysi Lewandowskiej i Neila Cummingsa pt. Entuzjaści, skupiony wokół alegoryczno-kolekcjonerskiej eksploracji Polskiej Kroniki Filmowej. Londyński duet umieścił „odkurzone” skarby w nowych kontekstach: socjalistyczne plakaty festiwalowe i produkcje amatorskich klubów filmowych powstałe między początkiem lat 50. a końcem 70. stały się przyczynkiem do refleksji nad dzisiejszą kulturą wolnorynkową.
Lewandowska i Cummings rozumieją współczesną produkcję artystyczną jako proces charakteryzujący się złożonością odniesień, osmoz i infekcji pomiędzy światem sztuki a kontekstem, w którym ona powstaje i oddziałuje – zauważa w tekście kuratorskim przyszły filmowiec, którego spojrzenie na sztukę wyraźnie koresponduje z multidyscyplinarną i czułą na zmiany twórczością autorów Entuzjastów. Dialog awangardy z rzeczywistością Ronduda prowadził w kolejnych latach również na gruncie literatury. W 2009 roku napisał książkę Sztuka Polska lat 70. Awangarda, a sześć lat później, wraz z filmoznawcą i krytykiem filmowym Jakubem Majmurkiem, Kino-Sztukę. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej.
Pierwsza pozycja przybliża czytelnikom twórczą interakcję polskich neoawangardzistów z seventisową rzeczywistością, a także proces zmiany myślenia o sztuce jako tworze autonomicznym i odseparowanym od polityczno-społecznych kontekstów. Drugi tytuł problematyzuje zaobserwowane przez Majmurka i Rondudę zjawisko: organiczną przemianę artystów (m.in. Katarzyny Kozyry, Zbigniewa Libery czy Anki i Wilhelma Sasnali) w reżyserów pełnometrażowych filmów fabularnych.
Po kilkunastu latach pracy jako kurator oraz badacz polskiej awangardy, Ronduda wszedł w buty filmowca, zdobywając wykształcenie w Szkole Wajdy na kierunkach reżyseria i scenariopisarstwo. W 2015 roku debiutował wspólnie z Maciejem Sobieszczańskim Performerem. Od tego czasu minęło 11 lat, w trakcie których zrealizował aż siedem projektów filmowych, część z nich we współpracy z innymi reżyserkami i reżyserami: Łukaszem Guttem, Anną Zakrzewską, Dawidem Nickelem, Filipem Pawlakiem.

Performer, reż. Łukasz Ronduda, Maciej Sobieszczański
Fundamentem filmowej infrastruktury Rondudy zawsze byli artyści i sztuka współczesna. Nawet jego fabuły mają za źródło prawdziwe postaci i ich życiorysy. Bardzo interesują mnie ci, którzy twórczość łączą z życiem, i nie ma sensu tego rozsupływać – mówił w 2019 roku w rozmowie z Mateuszem Demskim dla Vogue.pl. Bohaterem jego ekranowego debiutu stał się artysta Oskar Dawicki, o którym Ronduda z Łukaszem Gorczycą najpierw napisali książkę. Pierwsze 130 stron W połowie puste to czyste kartki, dalej barwny miks prawdy i fikcji. Później pojawił się Performer (2015) – ekscentryczna fuzja dramatu, performansu i faktów, w której Sobieszczański i Ronduda przyglądają się awangardziście we własnej osobie. Ten podważa w filmie swój ontologiczny status. Kim jest Dawicki? Żyje? Umarł? A może nigdy nie istniał? – zastanawia się on, zastanawiamy się my i zastanawiają się reżyserzy, odsłaniając światu depresyjno-sarkastyczną naturę tytułowego performera.
Sztuka Dawickiego sprzężona jest w Performerze z cierpieniem artysty, niebezpiecznym balansowaniem na granicy życia i śmierci. Podpalanie włosów, podwieszenie się na balonach wypełnionych helem, połykanie pigułki gwałtu z lekiem na potencję. Jego funkcjonowanie w sferze „na przypale albo wcale” uwypukla elektryzująca forma debiutu, która tłumaczy niezrozumiałą mowę artysty na język filmu. Niebieska brokatowa marynarka – znak rozpoznawczy Oskara, przypomina widzom, że seans to część zaplanowanego show. Łącząc humor z melancholią oraz widowiskowość z intymnością, Sobieszczański i Ronduda wprowadzają do rodzimego kina awangardową jakość i zarazem sporo ludzkiej empatii. No i zgromadził na planie czołówkę polskich aktorów i aktorek: niewielkie role w Performerze zagrali: Agata Buzek, Andrzej Chyra, Arkadiusz Jakubik i Jakub Gierszał.
Ja zawsze chciałem tworzyć kino, które nie upraszcza sztuki współczesnej ani jej nie ironizuje, tylko pokazuje ludziom jej złożoność i to, jak bliska jest ona życiu – deklarował „Vogue’owi” Ronduda. Najbliżej życia i zarazem polityki sztuka znalazła się we Wszystkich naszych strachach (2021). Niepewną sytuację osób queerowych w Polsce Ronduda i Łukasz Gutt (dotychczas współpracujący z nim w roli operatora) filtrują przez życie i twórczość Daniela Rycharskiego – artysty wizualnego i mieszkańca wsi; katolika i queerowego aktywisty, ludowego bohatera, w którego losach i tożsamości, zbiegają się wątki kluczowych debat i linii podziałów współczesnej Polski.
Filmowa wersja Daniela (Dawid Ogrodnik), napisana przed Rondudę i Michała Oleszczyka, nie bez powodu przypomina herosa z amerykańskiego blockbustera: charyzmatycznego, cierpiącego, gotowego, by wziąć sprawy w swoje ręce. Jego zbroją jest dres Adidasa z tęczowymi paskami, batmobilem – wiejski motocykl, a supermocą – wyobraźnia zdolna przełamywać podziały. Na wieść o śmierci przyjaciółki Daniel postanawia odbyć drogę krzyżową, oddając hołd wszystkim ofiarom homofobii. Mężczyzna konfrontuje mieszkańców wsi z piekłem wykluczenia.

Wszystkie nasze strachy, reż. Łukasz Gutt, Łukasz Ronduda
Nagrodzony Złotymi Lwami dramat zachęca nas do bycia widzami współczującymi, a więc takimi, którzy obdarowują bohaterów zrozumieniem, troską, a przede wszystkim działaniem. Odsłania egalitarne oblicze sztuki, bo ta potrafi jednoczyć i przynosić kolektywne ukojenie. Dowodem na to jest film dokumentalny Rave (2024) – list miłosny do muzyki elektronicznej z pogranicza różnych światów: miejskiej kultury rejwowej i wiejskiego bitu w klubie Ekwador-Manieczki. Dawid Nickel i Łukasz Ronduda przełamują dystans kulturowy, pokazując, że techno łączy ludzi wszelkich wiar, klas i światopoglądów. Z nostalgią i łezką w oku oglądamy archiwalia z dawnej Polski, która dziś znów przypomina sobie o sile artystycznej wspólnotowości.
Ta silnie uwidocznia się także we Freak Show (2026), przedstawiającym grupę artystów z niepełnosprawnościami podczas ich przygotowań do performansu na otwarcie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Reporterskie i zarazem czułe oko Rondudy i Filipa Pawlaka ujawnia się w sposobie portretowania postaci na ekranie. Twórcy dostrzegają bowiem różnicę bycie podziwianym na scenie, a bycie oglądanym podejrzliwym okiem na ulicy. Duet filmowców celebruje inność swoich bohaterów, ich artystyczną bezkompromisowość oraz umiejętność zadbania o własny dobrostan. Nie prosi widzów o litość, a o emocjonalne uczestnictwo – w chwilach zarówno lepszych, jak i gorszych. Nadia Markiewicz, Agata Wąsik, Daniel Kotowski i Babcia nie muszą we Freak Show niczego udawać. No chyba, że wtedy, gdy przywdziewają z dumą swoje sceniczne alter ego. Otrzymują bezpieczną przestrzeń, w której króluje normatywna subwersja i lynchowska osobliwość. To kolejna próba zjednoczenia i uwrażliwienia Polaków, zwłaszcza tych, którzy, myśląc o niepełnosprawności, wyobrażają sobie jedynie brak i cierpienie.
Artyści egzystują znacznie bliżej ziemi niż mogłoby się nam, śmiertelnikom, wydawać. Pomost między nimi a widzami Ronduda zbudował w duecie z reżyserką i reporterką Anną Zakrzewską w filmie dokumentalnym Lot (2022). Jego bohaterem jest Roman Stańczak – rzeźbiarz i współtwórca rodzimego nurtu sztuki krytycznej lat 90., który dekadę później odszedł w artystyczny niebyt. Twórcy lustrują jego gotowość na powrót. Przenicowując w pocie czoła flaki samolotu, Stańczak zaprasza nas do świata ulokowanego „po drugiej stronie”, czyli tam, gdzie rzeczy doczesne tracą swoje pierwotne znaczenie. Ronduda i Zakrzewska obserwują proces twórczy Stańczaka. Otwarci na ciszę i niedopowiedzenia, dyskretnie kibicując artyście w przygotowaniach do 58. Biennale w Wenecji.
Gdy ten rzuca się w wir pracy, oni eksponują jego wewnętrze batalie: relację z synem, trzeźwością i własną ambicją. W filmie pada nieobce wobec twórczości Rondudy pytanie: czy sztuka warta jest poświęceń? Odpowiedź kryje się w zmęczonych, lecz znajdujących duchowe ukojenie oczach Stańczaka. Wywróćmy świat na drugą stronę i zobaczmy, co jest w środku – czyż to nie idealny przepis na sztukę, ale także na życie? – zastanawia się reżyser, kolejny raz znajdując w pozycji outsidera emisariusza dobrej zmiany.
Serce miłości (2017) i Powiedz mi, co czujesz (2026) – dwa tytuły, które Ronduda wyreżyserował samodzielnie, to historie „tak jakby” miłosne. Tak jakby, bo w gruncie rzeczy opowiadające o narcyzmie w sztuce i miłości, podobieństwach i różnicach, które uniemożliwiają bohaterom szczerze i szczęśliwie ze sobą być. Pierwszy z nich odtwarza parę uznanych artystów: Wojtka Bąkowskiego i Zuzannę Bartoszek, których scenarzysta Robert Bolesto przepisał na filmowy duet nieustannie naśladujących się egocentryków. Drugi żywo inspiruje się życiem i twórczością artystów wizualnych Patryka Różyckiego i Karoliny Balcer. Ciekawie patrzeć na Patryka (Jan Sałasiński) i Marię (Izabella Dudziak) jako rewers androgenicznego duetu zagranego przez Jacka Poniedziałka i Justynę Wasilewską. Obie te pary stają się dla siebie lustrem, w którym przeglądają się ich bolesne przeżycia i skrywane emocje.

Serce miłości, reż. Łukasz Ronduda
Podczas gdy Serce miłości nie pozwala nam zbytnio przebić się przez gruboskórność postaci, Powiedz mi, co czujesz otwiera się na widzów wyjątkowo szeroko i czule. To portret pokolenia „terapiar” i „sad boyów” próbujących znaleźć artyzm nawet tam, gdzie go nie ma. Analizują swoje wzorce bliskości, chwalą się bliznami, wskazują, gdzie leżą granice ich psychicznego bezpieczeństwa, choć nieraz zdarza im się przekroczyć cudze. Patryk i Maria łakną kochania i bycia kochanym, choć w głębi duszy wiedzą, że dzielą ich rzeczy nie do przeskoczenia. Ona to dziewczyna z bogatego warszawskiego domu, która spędza dni na gromadzeniu nieszczęścia potrzebujących (prowadzi „Skup łez” – z życia wzięty artystyczny projekt Alicji Rogalskiej i Łukasza Surowca). On to wychowany na wsi niespełniony artysta, niepewny własnego talentu, charyzmy i (nie)przepracowanych traum z dzieciństwa.
Tym razem reżyser nieco zmienia optykę: nie zależy mu już na usilnym zwalczaniu podziałów, lecz na ich akceptacji i nauce koegzystencji. Przyznaje, że sztuka bywa klasistowska, gdy zapomina o swoich przywilejach, tak jak Patrycja zapomina w filmie, kto (nie)szczęśliwie napędza jej „Skup Łez”. Łukasz Ronduda idzie więc z duchem czasu, nie porzucając roli społeczno-politycznego sejsmografu. Jego fundamenty pozostają niezawodne, wybudowane konstrukcje stabilne, a twórczość zarazem różnorodna i konsekwentna w działaniu. To kino bardzo polskie i międzynarodowe jednocześnie, może dlatego najlepiej ogląda się je właśnie na Nowych Horyzontach.
Daria Sienkiewicz