English
zaloguj / zarejestruj

Od bogactwa do minimalizmu. Rozmowa z Agnieszką Smoczyńską

Michał Hernes
28/07/18
Agnieszka Smoczyńska, fot. Maciej Kulczyński
Otworzyć puszkę Pandory. Rozmowa z ekipą Touch Me Not Filmowy masaż umysłu. Rozmowa z Ester Martin Bergsmark

- Scenariusz Fugi stopniowo się zmieniał i ewoluował w zupełnie nowym kierunku: od historii kobiety pragnącej odzyskać pamięć do bohaterki będącej w kontrze do świata, do którego wraca - Agnieszka Smoczyńska opowiada Michałowi Hernesowi o Fudze i Atlasie zła.

Czy czuje się pani bardziej "opowiadaczem historii" czy "opowiadaczem obrazami"?

Opowiadam historie obrazami. Kino to następujące po sobie obrazy rozciągnięte w czasie.

Jak ważna jest dla pani warstwa wizualna?

Ogromnie istotna, ale tak samo ważny jest dla mnie dźwięk, tzn. sound design. Z każdym nowym filmem coraz większego znaczenia nabierają dla mnie zarówno obrazy, jak i cisza czy dźwięki.

Fudze niesamowite są dla mnie kolory.

To duża zasługa operatora - Kuby Kijowskiego, scenografki - Jagny Dobesz oraz odpowiadającej za charakteryzacje i kostiumy Moniki Kalety, czyli całego pionu wizualnego, z którym pracowałam nad tym filmem. Staraliśmy się opowiedzieć tę historię kolorami - tak, aby była to jednolita gamma barwna znajdująca swoje odzwierciedlenie w scenografii, kostiumach i zdjęciach.

Czy dostrzegła pani te kolory w trakcie czytania scenariusza filmu?

Nie, scenarzystka Gabrysia Muskała dała mi wolną rękę w ich doborze. Pierwotnie Fuga miała się składać z dwóch części - warszawskiej - i drugiej, zlokalizowanej w mniejszej miejscowości. W dużym mieście byłoby sporo czerwieni, a powrót bohaterki do domu miał być bardziej stonowany, z kolorami niebieskim, żółtym i brązami.

Dlaczego zdecydowała się pani na takie, a nie inne kolory?

Była to wypadkowa kilkumiesięcznej pracy z operatorem, a potem z Jagną Dobesz i Monika Kaletą. Nie zakładaliśmy, że od początku będziemy operować trzema kolorami. Wyniknęło to z naszych rozmów na temat bohaterki; tego kim była i kim się stała.

W kolorach można dostrzec jej emocje.

Sound designer, czyli Marcin Lenarczyk, chciał przybliżyć je widzom, a Kuba Kijowski, operator, chciał pokazać, w jaki sposób postrzega ona świat, a także jej alienację względem niego. Wszystko to wywodzi się z emocji zapisanych w scenariuszu.

Kostiumy również odgrywają w tym filmie istotną rolę.

Bardzo rzadko się zdarza, żeby jedna osoba odpowiadała zarówno za kostiumy, jak i charakteryzację, a tak było w przypadku Moniki Kalety. Kolory Alicji - naszej bohaterki - kiedyś były bardziej słodkie i dziewczęce, ale powróciła jako ktoś zupełnie inny. Monika zaznaczyła to bardzo w subtelny sposób.

Tę przemianę świetnie widać w strojach bohaterów.

Ogromnie nam na tym zależało. W filmie nie ma scen pokazujących, co się z nią działo pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami, chcieliśmy więc opowiedzieć historię Alicji poprzez je wygląd, np. bliznę na czole. Te drobiazgi są świadectwem tego, co się jej przydarzyło.

Ważne są także ruch i taniec.

Gabrysia i Łukasz Simlat pracowali z Kają Kołodziejczyk, żeby poprzez taniec opowiedzieć o relacji i uczuciach między nimi.

W tym filmie uwagę może również przykuć minimalistyczna muzyka.

Bardzo ważną rolę odegrał Marcin Lenarczyk, który jest nie tylko sound designerem, ale także muzykiem i DJ-em. Muzykę skomponował Filip Micek, młody artysta z Czech. Szukaliśmy środka, żeby w niezbyt nachalny sposób towarzyszyć bohaterce przez całą jej drogę powrotną do domu. Pomógł nam też Paweł Juzwuk, który dobierał gotowe utwory muzyczne. To dzięki niemu niemal cała muzyka wykorzystana w Fudze jest pierwotnie zagrana na "żywych" instrumentach. Dopiero w kolejnym kroku została przetworzona przy użyciu tzw. elektroniki. Sięgaliśmy po brzmienia, które swoimi barwami są w pełni tożsame z najciemniejszymi zakamarkami ludzkiego umysłu i duszy. Chodziło o to, by odnaleźć w muzyce takie "kolory" i takie "brzmienie", które od razu wydadzą się być dziwne, inne; w jakimś sensie nieprzystające, uwierające, a nawet kłujące w uszy. Trochę jakby nie z tej ziemi, nie z tego świata.

Staraliśmy zbliżyć się do tego momentu w trakcie depresji czy załamania nerwowego, w którym każda muzyka, niemal każdy dźwięk dookoła człowieka chorego po prostu uwiera, boli i potęguje stan cierpienia.

Jak wyglądała praca nad scenariuszem?

Najpierw Gabrysia pracowała nad historią sama, a ja dołączyłam na jakiś czas. Potem Muskała zaczęła samodzielnie pisać scenariusz. Trwało to ładnych kilka lat. Późniejsza praca z aktorami, operatorem i resztą ekipy była procesem destylacji - od bogactwa do coraz większego minimalizmu. Scenariusz trochę się więc zmienił stylistycznie, ale historia, sceny i bohaterowie pozostali ci sami.

Skąd się wziął pomysł na tę historię?

Gdy Gabrysia Muskała oglądała w telewizji program Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, zobaczyła w nim twarz kobiety, która nie wiedziała, jak się nazywa i skąd pochodzi. Wiadomo było tylko tyle, że nie pochodzi z Warszawy i od jakiegoś czasu przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Do programu zadzwonił pewien mężczyzna i powiedział, że jest jej sąsiadem, a ona ma męża i dzieci. Kobieta była tym zszokowana. Kompletnie tego nie pamiętała. Tak bardzo zapadło to Gabrysi w pamięć, że chciała opowiedzieć tę historię i zagrać główną bohaterkę. "Wejść w głowę" tej kobiety.

Jak to zrobić? To duże wyzwanie.

To trwało dobrych kilka lat. W trakcie dokumentacji spotkałyśmy się z wieloma osobami, odwiedziłyśmy program Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Pracujący tam ludzie bardzo nam pomogli, pokazali różne materiały. Rozmawiałyśmy także z psychologami i policjantami.

Jeśli chodzi o Gabrysię - ona pisze świetne sztuki teatralne, nie była więc debiutantką, która nigdy nie miała do czynienia ze scenariuszami. Dopracowywała ten tekst przez wiele lat, dodając do niego elementy komediowe. Scenariusz stopniowo się zmieniał i ewoluował w zupełnie nowym kierunku: od historii kobiety pragnącej odzyskać pamięć do bohaterki będącej w kontrze do świata, do którego wraca.

W tym zaskakującym filmie mieszają się elementy różnych gatunków.

Pierwotnie miał to być dramat psychologiczny, w którym pojawiają się elementy komediowe, ale dodałam do niego gatunkowość thrillera z elementami fantasy.

Skąd wzięła się potrzeba dołożenia tych elementów?

Chodziło o to, żeby "wejść w głowę" Alicji, by widz mógł więcej poczuć i zobaczyć. Gdy czytałam dialogi ze scenariusza, pomyślałam sobie, że fajnie byłoby to zwizualizować. Interesował mnie zapis stanów bohaterki.

Ten film skojarzył mi się z hasłem tegorocznych Nowych Horyzontów, czyli "OUT" i byciem poza sobą.

Faktycznie można to odnieść do naszego filmu, w którym bohaterka wychodzi poza siebie, przygląda się swojemu życiu i samej sobie z perspektywy kogoś kompletnie innego. To właśnie wydało mi się fascynujące w scenariuszu Gabrysi.

Cieszę się, że zobaczyłem w Fudze tylu znakomitych i utalentowanych aktorów.

Od razu było wiadomo, że Gabrysia zagra główną rolę, a wszyscy ci wspaniali pozostali aktorzy zostali dobrani do niej - pod kątem tego, czy jest chemia między nią a jej mężem, ale też pod kątem wyglądu ich rodziców - tak, żeby nie byli sportretowani jako zbyt prości i biedni. Jej dawną przyjaciółkę zagrała Małgosia Buczkowska, a w lekarza wcielił się Piotr Skiba. Poza tym w filmie wystąpili Łukasz Simlat, Klara Bilewawska, Darek Chojnacki, Asia Niemirska oraz Halina Rasiakówna i Zbigniew Waleryś jako rodzice - to dzięki nim udało się stworzyć świat Alicji.

Agnieszka Smoczyńska, fot. Maciej Kulczyński

Jest pani zadowolona z Fugi?

Bardzo się cieszę, że ten film powstał, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, żebym mogła powiedzieć, czy jestem z niego zadowolona. Wciąż znajduje się w jego "środku" i trudno mi cokolwiek na ten temat powiedzieć.

Przejdźmy więc do innego pani filmu, który będzie można zobaczyć na Nowych Horyzontach. Jak to się stało, że została pani zaangażowana do Atlasu zła?

Jego twórcom spodobały się Córki Dancingu i postanowili zaprosić mnie razem z innymi reżyserami z całego świata do projektu, który składa się z kilku nowel. Każdy z nas miał opowiedzieć legendę ze swojego kraju. Bardzo mi się to spodobało. Dodatkowo dano nam całkowitą wolność twórczą.

Razem ze scenarzystą Robertem Bolesto stwierdziliśmy, że chcemy wziąć w tym udział. Zaprosiłam do współpracy Kubę Kijowskiego, Jangę Dobesz, Marcina Lenarczyka, Kasię Lewińską, Wandę i Marcina Kędzierzawskich, Janka Strumiłło, Anne Sophie Puget, Olgę Neubaer i Zuzę Wrońską, a film wyprodukowali w Polsce Leszek Bodzak wraz z Anetą Hickinbotham. To producenci m.in. Ostatniej Rodziny. Mieliśmy więc super ekipę, którą świetnie zarządzała Ania Chruścicka. Film został sfinansowany przez akcję crowdfundingową. Na świecie to jedna z form dofinansowywania niezależnego kina, która w Polsce jeszcze trochę raczkuje.

Ze względu na konwencję horroru, każdy z twórców mógł wybrać legendę ze swojego kraju i opowiedzieć o lękach, które nas dotyczą. Żyjemy w czasach, gdzie horror świetnie wpisuje się w globalne i polityczne napięcie, np. lęk przed wojnami. Ciekawe wydało mi się też to, jak podobne do siebie są poszczególne legendy, np. niemieckie i austriackie.

Jeśli chodzi o naszą nowelę, Robert wybrał historię z Warmii i Mazur. Efekt końcowy to kompilacja kilku zebranych przez niego historii. Skomponował je w opowieści o mężczyźnie, który musi zjeść trzy serca dopiero co umarłych ludzi, żeby dzięki temu wygrać wszystkie wojny. Ta historia pokazuje, ile zła można uczynić, kiedy "odkopujemy" naszych zmarłych.

Jak wielkim wyzwaniem było opowiedzieć tę historię w tak krótkim czasie?

Ogromnym. Jak się później okazało, te etiudy różnią się czasem trwania, a my ściśle trzymaliśmy się narzuconych nam dziesięciu minut, realizując historię, która mogłaby trwać godzinę lub nawet dłużej. Musieliśmy opowiedzieć ją skrótowo, ale był to dla nas ciekawy eksperyment.

Oprócz lęku przed wojną, poruszyliśmy też temat bardzo charakterystycznej dla Polaków miłości niemożliwej - uczucia do kobiety, która nie żyje.

To wyolbrzymienie polskiego romantyzmu w pigułce. Relacja Kindlera, którego zagrał Andrzej Konopka oraz Uli Zerek, czyli Dziewicy, wydała mi się metaforyczna, inna i przez to ciekawa.

Co jeszcze było wyzwaniem?

Ze względu na niski budżet - wszystko. Film zrealizowaliśmy podczas dwóch dni zdjęciowych, a to naprawdę bardzo mało czasu. Wyzwaniem było stworzenie tego świata. Po raz pierwszy robiliśmy czysty horror z elementami westernu. Dla całej ekipy, w tym kaskaderów i Uli Zerek, wyzwaniem była latająca Dziewica. Dla Andrzeja Konopki było to "zjadanie" ludzkich serc.

Ile było dubli?

Niedużo. Podczas zdjęć zerwała się wielka burza i musieliśmy szybko się uwinąć. Wyzwaniem były również efekty specjalne. Wanda i Marcin Kędzierzawscy przygotowali wyglądające bardzo realistycznie serca i wnętrzności mężczyzny, które Kindler musiał rozkrajać. Serca powstały ze specjalnego tworzywa, które umożliwiło ich "konsumpcję". Mieliśmy na to tylko jeden dubel. Wielkim stresem i wyzwaniem było zrobienie trupa, z którego wyciąga się wnętrzności i jeszcze do tego je się serce.

Wiele słynnych i kultowych horrorów powstało na wariackich papierach.

Robienie horroru jest chyba najciekawszym doświadczeniem, jakie mi się przydarzyło. To niezła zabawa. Na planie czułam się, jakbym znów była dzieckiem tworzącym świat, gdzie możesz pozwolić sobie na wszystko. Krojenie wnętrzności na planie zabiera bardzo dużo czasu, ale gdy wszystko się udaje - pojawia się wielka frajda. Bo czujesz, że dotykasz baśni.

Skąd pani wie, że coś jest przerażające i trzyma w napięciu w czasie robienia filmu?

Tego nie wiem. Na początku jest wyobraźnia, a potem testujemy efekty na samych sobie. Dopiero przy okazji montażu widzimy, czy to coś działa, czy nie.

Poszczególne nowele Atlasu zła utrzymane są w różnych stylistykach. Rozumiem, że to przypadek?

Tak, ale producenci bardzo na to liczyli, np. że pojawi się pastisz kina klasy b. Wynikało to z wolności, jaką otrzymaliśmy. Do momentu premiery nie widzieliśmy swoich filmów.

Które historie z tego zestawu pani lubi?

Każda jest inna i jest to szalenie ciekawe.

Cieszę się, że ten film będzie można zobaczyć w sekcji MOICO Nocne Szaleństwo.

Ja także, bo świetnie się do tego nadaje. Pokazano go również podczas nocnego szaleństwa w Austin.

Mam nadzieje, że jeszcze powróci pani do tej sekcji jako reżyserka.

Bardzo bym chciała i też mam taką nadzieję!

Sporo osób czeka również na bardzo dobry polski horror.

Podobnie jak ja. Wierzę, że kiedyś uda mi się zrobić dobry horror, niekoniecznie klasy b.

Czy obecne czasy są dobre do tworzenia filmów?

Tak, ale pod warunkiem, że będzie się dostawało pieniądze na ich realizacje. Patrząc na ostatnie 10 lat polskiego kina, widać, że był to idealny okres i nasza kinematografia się przez ten czas rozwinęła. Ludzie mogli opowiadać historie, które chcieli. Czas zweryfikuje, czy teraz też tak będzie. Boję się, że coraz więcej tematów będzie robionych tylko dlatego, że dostanie się na nie pieniądze. A to pod względem artystycznym pułapka. Kino nie jest malowaniem obrazu w samotności, tylko machiną z ogromnymi budżetami. Nie ma w Polsce zbyt wielu prywatnych inwestorów, którzy byliby gotowi przekazać środki na niekomercyjne projekty.

Fuga w programie 18. Nowych Horyzontów:

  • wtorek, 31 lipca, 19:15 + spotkanie z twórcami
  • środa, 1 sierpnia, 13:15 + spotkanie z twórcami

Atlas zła w programie 18. Nowych Horyzontów:

  • poniedziałek, 30 lipca, 19:15 + spotkanie z twórcami
  • wtorek, 31 lipca, 22:15 + spotkanie z twórcami
  • piątek, 3 sierpnia, 22:15

Michał Hernes

Zakochany w cytatach psychofan filmu „Tamte dni, tamte noce”, który zapytał Romana Polańskiego, dlaczego torturuje bohaterki swoich filmów. Dziennikarz związany z portalem tuWroclaw.com i blogiem filmowym Watchingclosely.pl. Publikował m.in. na łamach weekendowego magazynu Gazeta.pl, „Dziennika Gazety Prawnej” i Wirtualnej Polski.


czytaj także
Esej Transnarodowe ambicje norweskiego kina 28/07/18
Esej Między ciałem a duszą. Esej Piotra Czerkawskiego 29/07/18
Program Warsztaty z aktorami Touch Me Not 27/07/18
Top 10 Złota dziesiątka: retrospektywy 29/07/18