„Chciałem ożywić piękno, które należało niegdyś do kina” – mówi Bi Gan, reżyser Zmartwychwstania. A my, razem z chórem krytyczek i krytyków oraz festiwalowej publiczności, odpowiadamy: „udało Ci się – i to z wielką klasą!”. Dzisiaj również Wy możecie przekonać się o tym na własne oczy: najnowsze arcydzieło od chińskiego mistrza trafiło właśnie na ekrany polskich kin.
„Chciałem, aby widz doświadczył całego stulecia w dwuipółgodzinnym filmie. Chciałem ożywić piękno, które należało niegdyś do kina”: to punkt wyjścia wskazywany przez Bi Gana jako impuls do realizacji Zmartwychwstania – filmu, na który przyszło nam czekać 7 lat, licząc od premiery znakomicie przyjętej na Nowych Horyzontach Długiej podróży dnia ku nocy.
Motyw podróży jest kluczowy również w Zmartwychwstaniu, choć sam jej przebieg jest już inny: to droga przez całe stulecie, pełne zmian i rewolucji – w tym rewolucji w obszarze samego kina. Choć Zmartwychwstanie pełne jest symboliki charakterystycznej dla kultury Chin, to Bi Gan – jako erudyta i uważny obserwator także świata Zachodu – sprawił, że film stał się uniwersalną opowieścią działającą na wszystkie zmysły. I co najważniejsze: finalne stery przekazuje w Wasze – widzowskie – ręce.
„Często mówiłem, że robienie filmu jest jak budowanie domu – ale teraz dostrzegam między obydwiema dziedzinami kluczową różnicę. W architekturze praca jest skończona, gdy dom jest gotowy. Ale w filmie ostatecznym dziełem nie jest sam dom – jest nim osoba, która do niego wchodzi. Inwestuję ogromny wysiłek, zasoby i czas w budowę tego domu, jednak prawdziwy film istnieje tylko wtedy, gdy zamieszkuje go widz. Ludzie często to mylą. Zakładają, że struktura, którą zbudowałem, jest filmem, ale nie – prawdziwym filmem jest jego gość. Ktoś, kto spędza noc w tym domu i budzi się następnego dnia mówiąc: ostatniej nocy wyśniłem film” – zaznaczył Bi Gan w rozmowie z Wangiem Muyanem.
Zapraszamy Was więc do wspólnego śnienia w naszym wspólnym, kinowym domu.