English
zaloguj / zarejestruj

Nie jesteśmy nauczycielami historii [rozmowa z Ferencem Törökiem]

12/08/17
Ferenc Török, fot. Anna Jochymek
Rozpoczął się nabór na Polsko-Amerykańskie Spotkania Koprodukcyjne 8. edycja Studia Nowe Horyzonty+

Wszyscy znają najważniejsze wydarzenia polityczne. Ale w tle toczą się małe, rodzinne, osobiste historie, które czasami mogą być bardziej interesujące dla filmowca, pozwalają budować sytuacje o pewnej dramaturgii – mówi Ferenc Török, reżyser filmu "1945".

Natalia Gruenpeter: W filmie "1945" opowiada pan o powojennym okresie z perspektywy węgierskiej prowincji. Wielka historia rozgrywa się gdzieś daleko, a informacje o ważnych wydarzeniach płyną z radia. Co dostrzega pan w takiej perspektywie?

Ferenc Török: Moim filmem dyplomowym był "Plac Moskwy". To opowieść o dorastaniu w Budapeszcie w 1989 roku, w chwili przełomu podobnego do tego w Polsce. Opowiadałem o tym z pokoleniowego i autobiograficznego punktu widzenia. Mieliśmy po 18 lat. Nie uczestniczyliśmy w najważniejszych wydarzeniach politycznych, byliśmy gdzieś w tle. Lubię historie, które dotyczą zwyczajnego, codziennego życia społeczeństwa. Wszyscy znają najważniejsze wydarzenia polityczne. Ale w tle toczą się małe, rodzinne, osobiste historie, które czasami mogą być bardziej interesujące dla filmowca, pozwalają budować sytuacje o pewnej dramaturgii. Nie jesteśmy nauczycielami historii. Wprawdzie daliśmy filmowi ten bombastyczny tytuł "1945", ale historię opowiadamy z osobistego punkt widzenia. Oczywiście to nie jest historia, która wypływa z moich doświadczeń, jak było w "Placu Moskwy". Film oparty jest na krótkim opowiadaniu, które napisał mój przyjaciel Gábor T. Szántó.

Jak wyglądała praca nad scenariuszem i rozwijanie tego krótkiego opowiadania do pełnometrażowego filmu? Czy już w opowiadaniu pojawiał się motyw wesela, który w filmie odgrywa istotną rolę?

Krótkie opowiadanie napisane jest z perspektywy dwóch ortodoksyjnych Żydów, którzy wracają po wojnie na wieś. Kiedy rozwijaliśmy tę historię, myśleliśmy o wyciszonym filmie, z niewielką ilością dialogów i balladową atmosferą. Chcieliśmy przyjąć nie tylko punkt widzenia ocalonych Żydów, który jest ważny dla opowiadania. Dokonaliśmy zmiany, by pokazać także punkt widzenia ludzi mieszkających we wsi, tych, którzy byli winni. Wesele to ekscytujące wydarzenie, w którym uczestniczą wszyscy, młodzi i starsi, ludzie z różnych rodzin. Wszyscy o tym wiedzą, bo nie tylko jest to pierwsze wesele po wojnie, ale też wesele syna zamożnego sklepikarza, którego wszyscy znają. Dla tej społeczności to nowe życie.

Ten motyw zainteresował mnie częściowo ze względu na "Demona", polski film, w którym również mamy wesele zakłócone przez krzywdy z przeszłości. Ale w "Demonie" historia opowiedziana jest ze współczesnej perspektywy, tak jak w "Pokłosiu", innym polskim filmie podejmującym podobny temat. Jak współcześnie Węgrzy patrzą na tę część swojej historii?

W czasach komunizmu to było tabu. Niemcy, którzy w największym stopniu winni byli temu, co się wydarzyło, rozpoznali ten problem społeczny w latach 70., oczywiście w Niemczech Zachodnich. Dla potomków ocalonych z Holocaustu wojna to była olbrzymia trauma. Ale dzieci i wnuki nazistów również byli zszokowani historią. To była powszechna i bardzo problematyczna sprawa. Moje pokolenie zaczęło otwierać te zamknięte drzwi po 2000 roku. Nasze dzieci pytają nas o historię, a my nie mamy odpowiedzi. Trzeba tę historię jakoś opowiedzieć. Pracowaliśmy nad filmem 10 lat. To było ważne dla nas, dla całej ekipy, ale również dla widzów. Nie tylko dla tych liberalnych czy dla Żydów. Ja urodziłem się w rodzinie katolickiej, ale to dla mnie problem i wstyd. Jestem trzecią generacją, mam nową perspektywę, nowy punkt widzenia.

Byłam rok temu w Budapeszcie i widziałam protesty przeciwko pomnikowi, który ma upamiętniać ofiary II wojny światowej, a w opinii wielu Węgrów fałszuje historię. 

Pomnik stoi na Placu Wolności, to centralne i reprezentacyjne miejsce. W pobliżu jest parlament, amerykańska ambasada, siedziba telewizji, banki. I tam postawiono ten pomnik. To, że jest brzydki, to najmniejszy problem. Ale jego wymowa jest taka, że paskudni Niemcy, niczym przedstawione na posągu ptaszysko, napadli na niewinne Węgry, ukazane jako młoda dziewica. Według tej wersji byliśmy ofiarami. Ale to nieprawda. Już w latach 30. przyjęto prawa uderzające w Żydów, społeczeństwo to akceptowało. I tak krok po kroku zbliżaliśmy się do Holocaustu. Stąd protesty przeciwko temu pomnikowi, które trwają aż do teraz. Ludzie zostawiają wokół niego listy, pamiątki, zdjęcia, różne osobiste przedmioty. Tylko jeżeli powiemy otwarcie, że jesteśmy odpowiedzialni za Holocaust, możemy się czegoś nauczyć i nie dopuścić do tego, żeby coś podobnego znów się wydarzyło.

W Polsce też toczą się debaty na temat postaw Polaków, którzy brali udział w pogromach, przejmowali majątki Żydów albo wydawali ich Niemcom. I filmowcy chcą o tym opowiadać. Był "Demon", "Pokłosie" i oczywiście "Ida"...

Bardzo podobała mi się "Ida".

Pana film również jest czarno-biały, może nasuwać skojarzenia z "Idą". Czy film Pawła Pawlikowskiego był dla pana inspiracją? 

Tak, obejrzałem "Idę" podczas tygodnia kina polskiego w Budapeszcie. Skończyliśmy wtedy pracować nad scenariuszem, nie miałem jeszcze funduszy na realizację filmu. Pomyślałem, że dobra historia nie wystarczy. Nowy język, nowy styl wydaje mi się ważniejszy. Po tym filmie poczułem, że jestem na dobrej drodze. Kiedy powiedziałem producentom, że chcę nakręcić film czarno-biały, wspomniałem też o oscarowej „Idzie”. Kto powiedział, że nie można nakręcić filmu czarno-białego? Także z tego powodu "Ida” była dla mnie ważna.

Odegrała rolę karty przetargowej? Skąd ten opór wobec propozycji nakręcenia czarno-białego filmu?

Nie wiem, ale kiedy przeczytałem to krótkie opowiadanie o ortodoksyjnych Żydach przybywających na węgierską prowincję w 1945 roku, od razu zobaczyłem tę historię w czerni i bieli. Akcja filmu toczy się w ciągu 3–4 godzin, to dramaturgia prawie jak ze sztuki teatralnej, ale ma też coś z westernu, wszystko rozgrywa się w samo południe. Poza tym w latach 40. filmy były czarno-białe, podobnie jak gazety i zdjęcia, z których dowiadujemy się czegoś o tym okresie. Sięgaliśmy do tego, budując atmosferę filmu. Ale nie chodzi tylko o to. Moje dzieci używają czarno-białych filtrów na Instagramie, fotografia też nieustannie wraca do czerni i bieli.

Jak rozwijał pan wizualny styl filmu? Co jeszcze było inspiracją?

Mój operator ma prawie 80 lat, w roku 1945 miał 5 lub 6 lat, spędzał lato na wsi. Myśleliśmy o tym, kreując atmosferę. Zasugerowałem, żeby kamera była bliska punktu widzenia małego, niewinnego dziecka, który przygląda się wszystkiemu z kąta pokoju, z okna, z drugiej strony ulicy. I próbuje zrozumieć, co właściwie się dzieje, kim są ci dwaj tajemniczy Żydzi przybywający na wieś.

Rozmawiała Natalia Gruenpeter


czytaj także
Wywiad Towarzyszy mi niepokój [rozmowa z Mohammadem Rasoulofem] 12/08/17
Wywiad Pozwalam sobie na więcej [rozmowa z Laurą Schroeder] 12/08/17
Wywiad Nie zależy mi na tworzeniu gotowych przekazów [Hlynur Pálmason] 12/08/17
Wywiad Wachlarz emocji [rozmowa z jury Międzynarodowego Konkursu Nowe Horyzonty] 12/08/17