English
zaloguj / zarejestruj

Brudne sprawy [rozmowa z Bruce’em LaBruce’em]

Anna Bielak
4/08/17
Bruce LaBruce, fot. Anna Jochymek
Rozpoczął się nabór na Polsko-Amerykańskie Spotkania Koprodukcyjne 8. edycja Studia Nowe Horyzonty+

Niektóre odłamy feminizmu, ze względu na surowość i rygor, wydają się mieć więcej wspólnego z radykalną prawicą niż z ruchami wolnościowymi. Krytycznie odnoszę się do sytuacji, w których radykalne ruchy zjadają swój własny ogon – mówi Bruce LaBruce.

Anna Bielak: Przyznałeś się w jednym z wywiadów, że ogromną rolę w kształtowaniu twojej osobowości miały silne kobiety. Ale nie dodałeś wtedy, o kim była mowa.

Bruce LaBruce: Miałem na myśli przede wszystkim swoją mamę. Dorastałem na farmie. Większość kobiet mieszkających w sąsiedztwie zajmowała się wyłącznie domem. Moja mama zakasywała rękawy, wychodziła w pole razem z ojcem i pracowali wspólnie ramię w ramię. Była bardzo silną kobietą – i nie mam na myśli wyłącznie siły fizycznej. Duży wpływ miała na mnie też o pięć lat starsza siostra. Dzięki niej nabrałem obycia już jako nastolatek i zacząłem się interesować znacznie bardziej wyrafinowanymi rzeczami niż większość moich ówczesnych kolegów. Kiedy zacząłem kręcić pierwsze filmy i w latach osiemdziesiątych redagować fanzina "J.D.s",współpracowałem z kolejną fantastyczną, starszą ode mnie kobietą. To G.B. Jones sprawiła, że zacząłem się interesować polityką i zwróciłem się w stronę radykalnej lewicy.

Na ten czas przypadają twoje pierwsze doświadczenia z feministkami?

Chyba miałem je znacznie wcześniej! Pamiętam, że w pierwszej klasie podstawówki zaprosiłem na swoje urodziny wyłącznie koleżanki. To bardzo zaniepokoiło moich rodziców [śmiech]. Od zawsze czułem się bardziej komfortowo wśród kobiet niż w towarzystwie mężczyzn. Wiele lat później byłem zresztą jedynym facetem na kursie traktującym o psychoanalizie i feminizmie. Pod koniec semestru zajęcia miały się zamienić w rodzaj letnich warsztatów i z jakiegoś powodu odbyło się głosowanie, czy powinienem w nich dalej uczestniczyć. Większością głosów zadecydowano wówczas, że na kursie dla feministek nie ma miejsca dla chłopców! Na uniwersytecie wydawałem czasopismo filmowo-krytyczne "CineAction", z którym współpracowali niemal wyłącznie autorzy związani z marksizmem i feminizmem; ludzie walczący o płciowe równouprawnienie, kobiety niebojące się wyrażać swoich opinii. Zresztą pod koniec lat osiemdziesiątych sporo czasu spędzałem w San Francisco, gdzie poznałem wiele lesbijek i feministek zaangażowanych w ruchy separatystyczne. Uparcie byłem jednym z aktywnych politycznie chłopców, którzy starali się wspierać ich działania.

Mówisz teraz o feminizmie jak o ważnym elemencie swojego życia, opowiadasz o nim z wielkim szacunkiem, a ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że w filmie "The Misandrists" masz do niego ironiczny stosunek. 

Słowo „ironia” zamieniłbym na dwa inne, które lepiej oddają moje nastawienie do feminizmu: ambiwalencja i dwuznaczność. Niektóre odłamy feminizmu, ze względu na surowość i rygor, wydają się mieć więcej wspólnego z radykalną prawicą niż z ruchami wolnościowymi. Krytycznie odnoszę się do sytuacji, w których radykalne ruchy zjadają swój własny ogon – jedne teorie zaczynają nagle przeczyć innym, członkowie grupy wzajemnie zapędzają się w kozi róg, a ofiary zamieniają się oprawców. To mi się nie podoba. Ale „The Misandrists” jest też rodzajem hołdu, jaki składam kobietom walczącym o swoje prawa. I jako gej sympatyzuję z lesbijkami. 

Wielka Matka (Susanne Sachsse), która dowodzi terrorystyczną komórką lesbijek w twoim filmie, marzy o ustanowieniu nowego porządku świata. Jak miałby on wyglądać?

Zabawne jest to, że gdyby moim bohaterkom istotnie udało się przejąć pełną kontrolę nad światem, przestałyby istnieć, bo nie byłoby już przeciw komu i czemu walczyć. Ale utopia, jaką stworzyłyby feministki, na pewno byłaby kontrapunktem dla lat, w których kobiety były niedostrzegane lub wymazywane z kart historii. Zgodnie z filozofią esencjalizmu feministycznego kobieta kategorycznie różni się od mężczyzny ze względu na swoją zdolność do rodzenia dzieci, menstruację i więzi z naturą. Z tego względu ma mieć też w sobie więcej empatii wobec świata i przyrody. Nie znaczy to, że kobiety jednocześnie nie mogą mieć siły destrukcyjnej. Założenie jest jednak takie, że gdyby zyskały władzę, mogłyby jej używać w inny sposób, niż robią to mężczyźni. Może zamiast działania pod wpływem testosteronu i nieustannego wykazywania chęci do walki wykazałyby się większą wrażliwością? Nie wiem. Kobiety, które dziś znajdują się u władzy, ciągle muszą udowadniać, że zasłużyły na to, by stać w szeregu z innymi mężczyznami.

Wiele z nich stara się udawać mężczyzn, kwestionuje swoją kobiecość w imię źle pojętej równości. Chyba nie tędy droga?

Oczywiście, że nie. Nie chodzi jednak wyłącznie o kobiecość, ale i o stereotypową kobiecą perspektywę. A z niej akurat trochę się naśmiewam w filmie. Wielka Matka naucza, że kobieta nie powinna sobie pozwalać na bycie ordynarną – powinna sięgać po narzędzia służące perswazji. Chce tym sposobem siłę fizyczną zamienić na władzę symboliczną. I w taki sposób – nie zmuszając, ale negocjując – skłania np. dziewczyny do udziału w filmach pornograficznych.

Źle robi? Czy filmy porno nie są narzędziem buntu przeciw społecznej hipokryzji?

Przyjęło się uważać, że mainstreamowy przemysł pornograficzny wykorzystuje kobiety, ale jest też wiele aktorek, które świadomie zbudowały swoją karierę w branży porno. Ma ona też wiele gałęzi alternatywnych, które mają więcej wspólnego ze sztuką i eksperymentem niż z eksploatacją. Pornografia jako idea stoi w kontrze do ustalonego społecznie porządku; kwestionuje przyjęte zasady moralne. W latach osiemdziesiątych w Kanadzie dwie radykalne feministki, Catharine MacKinnon i Andrea Dworkin, próbowały przeforsować projekt ustawy m.in. zakazującej mężczyznom dochodzić na kobiecej twarzy w filmach pornograficznych. Uznały, że to poniżające. Pomijając fakt, jak bardzo moralizatorskie było ich żądanie, nie dopuściły do siebie świadomości, że kwestie preferencji seksualnych są indywidualne. Poniżenie obiektu miłości, jak twierdził Zygmunt Freud, bywa elementem życia seksualnego odpowiedzialnym za wywoływanie przyjemności. 

Wszyscy oglądają filmy porno, ale co druga osoba wstydzi się do tego przyznać.

A potem poniża tych, którzy dostarczają rozrywki. Pornografia niezmiennie pozostaje w społeczeństwie kwestią tabu. Dlatego cały czas staram się solidaryzować z twórcami filmów porno. Choć sam inspiruję się głównie filmami z lat siedemdziesiątych, bo dziewięćdziesiąt procent współczesnych filmów erotycznych to szmiry, to niewątpliwie i w tej branży wciąż zdarzają się radykalni artyści z wyobraźnią.

To ryzykowne używać słowa „radykalny”. Czy ono dziś jeszcze coś znaczy?

Raczej nie. Punk w latach osiemdziesiątych był jeszcze autentycznym ruchem kontrkulturowym. Buntowano się przeciw kapitalizmowi, władzy korporacji i hipokryzji. Wychodzono poza ramy przyjętych społecznie modeli życia. Walczono o decentralizację rządu. Dziś tego typu grup można szukać jak igły w stogu siana. Współcześni buntownicy niby nie akceptują systemu, ale nie walczą też ani o jego zburzenie, ani o realną zmianę. Żyją w jego ramach, jakby nie było wyboru. Gdzie jest dziś radykalizm? Stał się częścią mainstreamu i rozpuścił w głównym nurcie. "The Misandrists" jest swoistą kontynuacją filmu "The Raspberry Reich" z 2005 roku. Opowiadałem w nim o członkach amatorskiej grupy terrorystycznej zafascynowanej radykalnymi ideami, które próbowali wcielać w życie, nie mając pojęcia, co właściwie robią. Ostro krytykowałem w nim puste, bezmyślne powtarzanie sloganów politycznych.

Tęsknisz za czasami, w których tak nie było? Dlatego akcja "The Misandrists" rozgrywa się u schyłku lat dziewięćdziesiątych, kiedy bunt miał jeszcze realny wymiar?

Tak, jestem bardzo sentymentalny [śmiech]. Inspiruję się też filmami i stylem typowym dla lat siedemdziesiątych. Bohaterki filmu tworzą organizację terrorystyczną, więc noszą osobliwe mundurki. Konkretny styl jest kluczowym elementem charakteryzującym wszystkie radykalne ugrupowania. Z jednej strony każdy styl jest bogaty w rozmaite symbole, z drugiej – jest po prostu sposobem, w jaki członkowie grupy dają wyraz swojej solidarności. W "The Misandrists" styl ma też seksualny wymiar. Ubierając swoje bohaterki w szkolne mundurki, a Wielką Matkę w habit, nawiązuję do filmów erotycznych sprzed czterdziestu lat i japońskich filmów porno. Lubię bawić się fetyszami. Niektórzy sądzą, że to prowadzi do uprzedmiotowienia, ale dla mnie uprzedmiotowienie w kontekście seksualnym nie jest problemem. Pod względem estetycznym wszystkie te elementy – w swojej sztuczności i teatralnym przerysowaniu – stają się też kampowe. Kamp nie odbiera im jednak autentyczności. Nawet kiedy sprawiam wrażenie sarkastycznego, w istocie sympatyzuję ze swoimi bohaterkami – szanuję ich idealizm i poświęcenie. 

A co w wierzysz? W czym dziś jeszcze można pokładać nadzieję?

Zabrzmi to może pretensjonalnie, ale ja naprawdę wierzę w potęgę kina. W swoich filmach poruszam kwestie, które wiele osób uznaje za ohydne i brudne. Ale na szczęście słyszałem, że opowiadam o mrocznych sprawach w jasny sposób. I jeśli tak jest, to cieszy mnie to.

Rozmawiała Anna Bielak

"Misandrystki"


Anna Bielak

Konsultantka scenariuszowa i dziennikarka. Jako konsultantka współpracuje z AURUM FILM i CENTRALĄ. Konsultuje też projekty shortów (w Polsce i USA). Współzałożycielka Atelier Scenariuszowego. Fanka mocnej kawy, dobrej literatury, długich podróży i niezależnego kina.


czytaj także
Wydarzenie Izraelski front domowy 4/08/17
Relacja Homefront - huczne otwarcie! 4/08/17
Wywiad Absolutna gwarancja jakości [rozmowa z Kostasem Georgakopulosem] 4/08/17
Wywiad Niezależność dzisiaj znaczy co innego niż wczoraj [rozmowa z Martine Doyen] 4/08/17