en
Koń turyński reż. Béla TarrKoń turyński reż. Béla Tarr

Koń turyński (13 - 26.04.2012)

The Turin Horse / A torinói ló

Węgry, Francja, Niemcy, Szwajcaria, USA 2011 / 146'

reżyseria: Béla Tarr

scenariusz: László Krasznahorkai, Béla Tarr

zdjęcia: Fred Kelemen

montaż: Ágnes Hranitzky

muzyka: Mihály Vig

występują: János Derzsi, Erika Bók, Mihály Kormos

producent: Gábor Téni, Martin Hagemann, Juliette Lepoutre, Marie-Pierre Macia, Ruth Waldburger

produkcja: TT Filmmûhely, Vega Film, Zero Fiction Film, Movie Partners In Motion Film, Werc Werk Works, Fonds Eurimages du Conseil de l'Europe, Medienboard Berlin-Brandenburg, Motion Picture Public Foundation of Hungary

nagrody: MFF w Berlinie 2011 - Główna Nagroda Jury (Srebrny Niedźwiedź), nagroda FIPRESCI, Brothers Manaki International Film Festival 2011 (Macedonia) - najlepsze zdjęcia

polski dystrybutor: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

premiera filmu: 30 marca 2012

O filmie:

Koń turyński Béli Tarra - ulubionego nowohoryzontowego twórcy i bohatera festiwalowej retrospektywy w 2004 roku - jest najbardziej zagadkowym filmem powstałym w ostatnim czasie. Jeśli wierzyć zapowiedziom, to pożegnanie. Reżyser twierdzi, że powiedział już w kinie wszystko, co chciał i przechodzi na artystyczną emeryturę.

Tarr po raz kolejny rzucił widzom wyzwanie. Nagrodzonyna ostatnim festiwalu w Berlinie, utrzymany w mrocznej atmosferze powolnego rozpadu, dwuipółgodzinny film jest medytacją nad agonią świata. Autorem scenariusza został jak zwykle współpracownik i przyjaciel Tarra, pisarz, autor Szatańskiego tanga - László Krasznahorkai.

Punktem wyjścia Konia turyńskiego jest anegdota o Fryderyku Nietzschem, który w 1889 roku pochylił się nad losem konia bitego przez chłopa przy drodze. Filozof obejmuje zwierzę za szyję i płacząc, popada w obłęd, który na zawsze oddzieli go od świata. Tarr i Krasznahorkai podkreślają, że to właśnie Nietzsche był dla nich źródłem inspiracji. Do niego nawiązuje m.in. ich koncepcja czasu jako zamkniętego koła. W swym dziele Tarr zawarł wszystko, co zawsze składało się na jego charakterystyczny styl: niechęć do słów, czarno-biały obraz, powolne tempo. Każdy element jest tu skrajnie minimalistyczny. Akcja rozgrywa się w ciągu sześciu dni w ciemnej, wiejskiej chacie, a całość układa się w spójną, przytłaczającą wizję końca świata.

Béla Tarr:

„(...) gdybym był pesymistą, to nie kręciłbym filmów. Sam fakt tworzenia filmów polega dla mnie na tym, że ufam widzowi i wierzę, że mnie zrozumie. Wierzę także w to, że widz jest mądry i inteligentny, i że dzięki temu możemy się ze sobą po ludzku komunikować. Sam fakt, że człowiek robi film wynika z tego, że wierzy, iż robi to, aby ktoś ten film później obejrzał. To, że ja przekazuję w filmach swoje wątpliwości i przedstawiam je widzowi, jest dla mnie podstawową zasadą uczciwości. Ważne jest to, żeby nie kłamać i przedstawiać wszystko tak, jak się czuje. Czyli jak mam wątpliwości, to ja je wypowiadam i oczekuję, że widz na to zareaguje. Wtedy razem jesteśmy silniejsi. Wierzę w człowieka. Tylko w człowieka.” (stopklatka.pl, 31.07.2004)

„Zawsze miałem tę społeczną wrażliwość. Ludzie żyjący na moralnych i egzystencjalnych krawędziach interesowali mnie bardziej niż cokolwiek innego. Ich problemy są dużo bardziej realne. Mogą być lepiej wyrażone w tej klasie społeczeństwa niż w burżuazyjnym, zamożnym świecie, gdzie zazwyczaj zamiatane są pod dywan. To także interesujący świat, ale nie dla mnie.
Nigdy nie postrzegałem siebie jako reżysera. Myślałem, że moją jedyną misją było zmienianie świata. Dziś, wystarczyłoby mi, gdybym mógł zmienić choć język filmu. Oczywiście, tworzenie filmów jest także częścią świata i odnoszę sukcesy w tym, co robię. Jednakże, nie można powiedzieć, żeby to w jakiś sposób zmieniało świat. Przynajmniej zawsze można polegać na wrażliwości ludzi. Nie są plugawi z natury, są tylko grzeszni, jeśli okoliczności ich do tego zmuszają.” (cafebabel.pl, Magazyn Europejski, 28.05.2007)

„Scenariusz zawsze mam, ale zazwyczaj go nie używam. Na karteczkach piszę sobie, co ma być w danej scenie i tyle. Film buduję tak naprawdę na planie. Wcześniej bardzo precyzyjnie musi być opisany tylko ruch kamery, w tym jestem autokratyczny. Ale chcę, żeby figury grające miały jak największą wolność, bo zależy mi na tym, aby egzystowały przed kamerą, a nie grały. Dlatego często pracuję z naturszczykami. Choć można w moich filmach zobaczyć i najwybitniejszych aktorów, nigdy nie używałem ich jako aktorów właśnie. Podobnie jest z montażem. Cięcia muszą być, ale nie na stole montażowym, tylko w samej kamerze. Zamiast obcinać 28 razy taśmę filmową, moja montażystka Agnes Hranitzky jest cały czas na planie, aby móc na bieżąco wyrażać swoje opinie. Lubię zresztą długie ujęcia. Aktor nie może uciec z planu.” (Gazeta Wyborcza, 7.06.2009)

„Uważam, że kino nadal spełnia ważną rolę, by opisać ludziom rzeczywistość z jej całą złożonością. Kino jest dla ludzi i zawsze robię filmy, by coś ludziom przekazać i z myślą o moich widzach. Jest to nadal doskonały sposób komunikacji, który pozwala wyjaśnić reguły rządzące światem. Kino – jeśli nadal będzie istniało grono reżyserów z autorską wizją – jest ciągle sztuką.” (Ultramaryna, czerwiec 2011)

„Filmowe historie mają to do siebie, że chcą, abyśmy uwierzyli, że coś się dzieje. Ale przecież doskonale wiemy, że nic się nie dzieje. To tylko życie, które ciągnie się w niewyobrażalny sposób. Dzień za dniem. Ale przecież każdy dzień, pomimo swojej powtarzalności, przynosi nam coś nowego. Wie pan, co jest przeszywającego w upływie czasu? Że każdy kolejny dzień przybliża nas do śmierci. (...) apokalipsa jest czymś głośnym i eksplodującym, czymś, co następuje gwałtownie. Tu przyglądamy się procesowi powolnego rozpadu. Każdy dzień przybliża nas do ostatecznego końca. Jest oczekiwaniem na ciemność i ciszę. Żadnych fajerwerków, wybuchów. Tylko niezauważalne przejście od istnienia do nieistnienia. To wszystko. Zostaje cisza.” (Gazeta Wyborcza Wrocław, 28.07.2011)

Béla Tarr

Węgierski awangardowy scenarzysta i reżyser, uznawany przez międzynarodową krytykę za jednego z najciekawszych współczesnych reżyserów, urodził się w 1955 roku w Péscu. Béla Tarr porównywany jest do Miclósa Janscó, Theo Angelopoulusa, Michelangelo Antonioniego, czy Andrieja Tarkowskiego. W 1981 roku ukończył wydział reżyserii Wyższej Szkoły Filmowej w Budapeszcie. Jako filmowiec-amator należał do Studia im. Béli Balazsa. W latach 1989 - 1990 był stypendystą DAAD w Berlinie, a od 1990 roku jest docentem berlińskiej Akademii Filmowej. Od 1997 jest także członkiem Europejskiej Akademii Filmowej.

Pierwszy krótkometrażowy film wyreżyserował w wieku 16 lat. Od tamtej pory tematami jego filmów są zazwyczaj zagadnienia metafizyczne, problemy natury ludzkiej, samotności, deformacji psychiki i kalectwa. Reżyser przyznaje się do inspiracji malarstwem, w szczególności obrazami Petera Breugla i Heronima Boscha, a także filmami Andrieja Tarkowskiego. Béla Tarr operuje własnym, niepowtarzalnym językiem filmowym: pół-dokumentalną narracją, zamiłowaniem do długich ujęć, do mrocznych, hipnotycznych, czarno-białych zdjęć. Stosuje improwizację, najchętniej współpracując z aktorami-amatorami.

Po zrealizowaniu pełnometrażowego debiutu Ognisko zapalne (Családi tuzfészek, 1979) został przyjęty do grupy filmowców określających się jako Szkoła Budapeszteńska, która w rezultacie oparła swoje założenia na stylu Tarra, wyróżniającego się wśród nich największym talentem i oryginalnością. W drugiej połowie lat 80. reżyser odszedł od ponurego realizmu cinéma vérité i przyjął bardziej metafizyczne spojrzenie. Nad swoim prawie ośmiogodzinnym arcydziełem - Szatańskie tango (Sátántangó) - pracował ponad siedem lat. Film miał premierę w 1994 roku i zdobył uznanie na całym świecie. Stale współpracuje z pisarzem László Krasznahorkaiem, razem piszą scenariusze oraz z montażystką Ágnes Hranitzky, którą uznaje za współreżyserkę swoich filmów, która jest jego życiową partnerką od ponad 20 lat.

Wybrana filmografia:

1979 Ognisko zapalne / Családi tüzfészek / Family Nest

1982 Ludzie z prefabrykatów / Panelkapcsolat / The Prefab People

1988 Potępienie / Kárhozat / Damnation

1994 Szatańskie tango / Sátántangó / Satan’s Tango

2000 Harmonie Wercmeistera / Werckmeister harmóniák / Werckmeister Harmonies

2007 Człowiek z Londynu / A Londoni férfi / The Man from London

2011 Koń turyński / A torinói ló / The Turin Horse


Media o filmie:

„Co to wszystko znaczy? - pyta kobieta. Widz też zadaje sobie to pytanie. Doszukiwanie się historycznej metafory, jak w "Białej wstążce" Hanekego, prowadzi donikąd. Wyjaśnienia trzeba szukać w materii filmu i odczuciach, jakie ona wywołuje, w kontemplacji monotonnego rytuału powtarzających się czynności życiowych, aż do ich wygaśnięcia. Przypominam sobie z własnego życia moment uświadomienia tej piekielnej powtarzalności - dopadło mnie to któregoś dnia, gdy wynosiłem do śmietnika zużyte pojemniki na wodę. I dziwna rzecz, myśl o "końcu wszystkiego" obróciła się nagle w swoje przeciwieństwo, przyniosła ulgę. Tak właśnie działa film Tarra.
Jest w nim Weltschmerz, melancholia, znużenie życiem. Tarr swoją sztuką pomaga je nie tylko znosić, ale jeszcze sobie zadawać. Dzisiejsza kultura broni się przed myślą o końcu, odwraca naszą uwagę, jesteśmy nieustannie zabawiani, rozpraszani. Ale trzeba kiedyś dotknąć dna, żeby się od niego odbić. Tarr zdejmuje z obrazu życia całą pozłotkę, obnaża jego szkielet, odejmuje nadzieję i pyta co dalej. Z jego filmu emanuje jakieś czarne światło, paradoksalna eschatologia, którą amerykański recenzent "Variety" porównał do ciężkiego luterańskiego kazania. Dlaczego ten film fascynuje? Jego pesymizm od czegoś nas uwalnia.” (Tadeusz Sobolewski, Gazeta Wyborcza, 17.02.2012)

„Koń turyński jest kwintesencją filmowego minimalizmu. Wystudiowana prostota wcale nie kryje łatwego sensu, przeciwnie, z każdą chwilą staje coraz bardziej wieloznaczna. Przywiązanie do detalu, skupienie na szczegółach, powtórzenia i powolny rytm dodają znaczeń, wzmacniają apokaliptyczną symbolikę. Pod powierzchnią niby oczywistego obrazu osadzonego w tradycji XIX-wiecznego realizmu, czai się horror metaphysicus. Niepokojące, głęboko pesymistyczne, egzystencjalno-religijne dzieło Tarra, dedykowane jest niemieckiemu filozofowi Fryderykowi Nietzsche. (...)

Kim, albo raczej znakiem czego, jest turyński koń Tarra? Odpowiedzi może być kilka: alegorią samego Nietzschego, jego choroby psychicznej, szaleństwa, ginącego dobra. Najciekawsze pole interpretacyjne otwiera się jednak wówczas, gdy konia, gospodarza oraz jego córkę potraktuje się nie jako poszczególne indywidua, lecz razem jako osobliwą figurę Trójcy Świętej. Byłby to niesłychanie bluźnierczy, w zgodzie z radykalizmem filozofa obraz powolnej śmierci boga. Sześć dni, w czasie których odbywa się agonia ułomnego Stwórcy, stanowiłby swego rodzaju końcowe odliczanie, zaprzeczenie biblijnego aktu stworzenia.” (Janusz Wróblewski, Polityka, 17.02.2012)

„Drobny, ukryty w luźnych marynarkach, z siwymi włosami związanymi w kucyk Tarr wygląda na więcej niż 56 lat. Więc zmęczenie? A może względy osobiste? Im bardziej to pytanie nurtowało widzów, tym bardziej odpowiadanie na nie irytowało reżysera. Gdyby wzrok mógł zabijać (Tarr ma wyjątkowo młodzieńcze, przenikliwe spojrzenie), na Nowych Horyzontach trup słałby się gęsto. Ale nie dziwię się widzom, w końcu niewielu artystów ot tak, z własnej woli, kończy karierę. – Nie chcę być zawodowym reżyserem, rzemieślnikiem – tłumaczył Tarr cierpliwie. – Robienie kolejnychfilmów byłoby jak dawanie wam konserw, a nie świeżych dań. Mój ostatni film zamknął cykl, powiedziałem już wszystko. Gdy miałem 22 lata, chciałem zmieniać świat, to była moja robota. Dzisiaj wiem, że go zmieniłem. Może trochę język filmowy. Może odrobinę wasze umysły. Rzeczywiście, oglądając niemal trzygodzinny, hipnotyzujący swoim rytmem obraz „Koń turyński", którego bohaterowie powtarzają każdego dnia te same czynności, trudno się oprzeć wrażeniu, że dalej iść już nie można. To film o tym, że życie jest umieraniem, a to ostatnie nie będzie bynajmniej spektaklem „światło i dźwięk”, z użyciem anielskich chórów i laserów.” (Małgorzata Sadowska, Wprost, 31/2011)

„Wspaniały film Tarra, pożegnanie (oby nie ostateczne) reżysera z widzem, kontakt z geniuszem, trzymającym pod kontrolą każdy element filmu – dynamiczną (mimo pozornej statyczności) plastykę dzieła, funkcjonalną akustykę, żyjącą w każdym szczególe przestrzeń. Może tylko natrętna muzyka stanowi tu zbyt prosty ukłon w stronę emocjonalnej płaszczyzny odbioru. U Tarra nie ma metafizyki, jest tylko materialność, nie ma transcendencji – jest tylko fizjologia. Wielkość jego kina wynika z umiejętności opowiadania o tematach ostatecznych, granicznych, niekiedy wręcz kosmicznych – nie wychodząc poza fizyczność i biologiczność świata. Egzystencja definiowana przez metafizyczny lęk, ale złożona z fizjologicznych procesów i odruchów. Wiejący niezmiennie wiatr jest tylko wiatrem, nie zaś message’em Boga bądź Szatana – choć zrównuje człowieka do najprostszych organizmów bezradnych w konfrontacji z przyrodą. Nieprzypadkowo ostatnie słowa filmu brzmią jak najbardziej rozpaczliwe wezwanie: „Musisz jeść” – u kresu świata człowiek na nic innego nie może sobie pozwolić.” (Rafał Syska, Ekrany)  

„Oczekiwanie na koniec świata w "Koniu turyńskim" jest przeżyciem metafizycznym, nie ma nic z hucznej katastrofy "Melancholii" Larsa von Triera, która dla filmu Béli Tarra stanowi rodzaj ekstrawertycznego rewersu. Kino Tarra jest bowiem biegunowym przeciwieństwem twórczości duńskiego prowokatora, tak jak wyciszona osobowość węgierskiego reżysera stoi w kontraście do wybujałego ego twórcy "Antychrysta". Opowieść o końcu świata jest bowiem u Tarra doświadczeniem śmierci, powolnym umieraniem, filozoficznym wyznaniem wiary (lub, bardziej akuratnie, niewiary), w żadnym wypadku zaś - filmowym trikiem. Umieć opowiadać o końcu, to także pogodzić się z nieuchronnym finałem (Tarr upiera się, że wszystko co chciał powiedzieć przy użyciu kina, już powiedział; nie ma więc sensu, aby kręcił kolejne filmy).” (Tomasz Bielenia, interia.pl, 3.01.2012)

Forum NH o filmie:

„Piękna i smutna, pachnąca niesionym przez wicher pyłem, opowieść o świecie, w którym umarł Bóg. Arcydzieło.” (doktor pueblo)

„Wspaniałe perfekcyjne kino. Prosta historia do dosłownego wchlonięcia. Piękna, klimatyczna muzyka i ciągły przytłaczający nastrój grozy. Dopracowane do granic możliwości. Jak na razie najlepszy film festiwalu.” (_che_)

„Piękna była już pierwsza scena z koniem, kiedy on ciągnie wóz i wiatr rozwiewa mu grzywę, pomyślałam wtedy o tym, co Berger pisał w swoim eseju "Po co patrzeć na zwierzęta", że dawno temu zwierzęta były posłańcami, pośrednikami między człowiekiem a jego duchowością; kiedy Nietzsche spojrzał w oczy konia w Turynie, zobaczył w nich pustkę, to go bardzo przeraziło, Tarr wyświetla obraz z siatkówki konia, ostatnie chwile przed końcem, może podczas spotkania z Nietzschem i koń i woźnica byli już duchami? i miałam takie wrażenie, że mimo iż to odejmowanie rzeczy - im bliżej końca - było dla bohaterów przerażające właśnie, to uwalniało ich od życia, które było chyba jeszcze bardziej przerażające, jakby zatopione w bursztynie, całkowicie nieruchome.” (aszeffel)

„Film kompletny. Nie zawiodłem się, Tarr pokazał klasę. Dopracował wszystko w najmniejszym szczególe ale nie zatracił piękna smutku. I nie wiadomo czy Jego zapowiedż że to ostatni film nie była również dokładnie przemyślana i okaże się prawdziwa. Oby nie.” (chinaski)

„Piękny koniec świata.” (okon)

„Jak seria starych grafik gdzieś na wystawie, surowo, oschle, mantrycznie, mrocznie... ten film sprawił, że chciałam wrócić do świata żywych... do barw, muzyki i tego, co radosne, może o to chodziło reżyserowi? Wbrew oczekiwaniom.” (eliska)