English
zaloguj / zarejestruj

Impreza się skończyła [rozmowa z Timothym George’em Kellym]

Marta Bałaga
11/08/17
Timothy George Kelly, Fot. Laura Ociepa
Miejsce pełne smutnych historii [rozmowa z Sergiem Floresem Thoriją] Portret artystki z czasów młodości [rozmowa z Sandrą Wollner]

Przez ostatnie 10 lat ludzie podchodzili do polityki jak do wyboru między gównem i jeszcze większym gównem. Może dlatego niektórzy uznali Brexit za polityczny gest. Poczuli, że głosując za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, pokazują politykom środkowy palec – mówi Timothy George Kelly, reżyser "Brexitannii".

Marta Bałaga: W twoim filmie pojawia się scena, kiedy młody mężczyzna powtarza do znudzenia: "Donald Trump jest prezydentem Stanów Zjednoczonych. DONALD TRUMP JEST PREZYDENTEM STANÓW ZJEDNOCZONYCH!". Zupełnie jakby nie potrafił w to uwierzyć. Tak samo zareagowałeś na Brexit?

Timothy George Kelly: Poproszę o następne pytanie [śmiech]. Myślę, że oswoiłem się z tą myślą po 24 godzinach. A kiedy wreszcie otrząsnąłem się z szoku, poczułem ciekawość. Pracowałem wtedy nad innym filmem, który i tak nigdy by nie powstał, bo był fatalny. Chciałem opowiedzieć w nim o tym, jak wykorzystuje się ludzi pracujących na tak zwanych zero-hour contract, czyli kontraktach zerowych. Wydaje się, że zatrudnionych jest coraz więcej ludzi, a tak naprawdę nikt im nie płaci. To doskonały sposób na to, żeby podnieść statystyki, no i obciąć koszty, bo nie mają prawa do zasiłków ani urlopów. Mimo to nie chcą o tym opowiadać, a już na pewno nie przed kamerą. Kiedy wydarzył się Brexit, okazało się, że mogę przedstawić te problemy w zupełnie nowym świetle. 

I w dużym kontraście. W "Brexitannii" ukazany przez ciebie świat jest czarno-biały. Dlaczego?

Chciałem delikatnie nawiązać do podziału, jakie wywołało to referendum. Poza tym wygląd tego filmu i to, jak go nakręciłem, miało wywoływać poczucie nostalgii. Odnosi się wrażenie, że to film historyczny, a przecież opowiadam w nim o wydarzeniach, które były właściwie wczoraj. Większość ludzi zresztą właśnie tak na to zareagowała. Postanowili odciąć się od tego, co się stało. Odwrócić się i iść dalej przed siebie – zupełnie jakby ich to nie dotyczyło.

W każdym kraju jest chyba podobnie. Ludzie wolą nie zwracać uwagi na pewne rzeczy, a potem nagle budzą się i ku ich zaskoczeniu okazuje się, że jest już za późno. 

No i dobrze – niech się budzą. Może wreszcie coś się zmieni. Gdyby nie Brexit, Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy, nigdy nie zdobyłby takiego poparcia. To chyba najważniejsze wydarzenie w historii naszego kraju od czasu strajków górników czy nawet drugiej wojny światowej. Potrząsnęło ludźmi – zwłaszcza tymi młodymi. W moim filmie opowiadam jednak przede wszystkim o tych, którzy stracili nadzieję. Bo niektórzy głosowali za odejściem z Unii Europejskiej z bezsilności, a nie ignorancji. Widzieli w tym gest sprzeciwu. 

Rzeczywiście, wielu z tych, z którymi rozmawiasz, postrzega swoją decyzję jako polityczny manifest.

Właśnie do tego dochodzi, kiedy ludzie zupełnie nie angażują się w bieżące wydarzenia. Przez ostatnie 10 lat ludzie podchodzili do polityki jak do wyboru między gównem i jeszcze większym gównem. Może dlatego niektórzy uznali Brexit za polityczny gest. Poczuli, że głosując za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, pokazują politykom środkowy palec. Większość podjęła taką decyzję ze strachu i braku perspektyw. Teraz jednak pojawił się Corbyn i ludzie głosują na niego z nadzieją. Co nie zdarzyło się już od dawna. Partia Konserwatywna zupełnie nie wie, co z tym zrobić. Bardzo mnie to cieszy – ci ludzie są gorsi od Ku-Klux-Klanu. 

Chętnie o tym opowiadali? Udało ci się nawet porozmawiać z Polakiem, który przyznaje, że gdyby tylko mógł, też głosowałby za wyjściem z Unii. 

Nie potrafiłem tego zrozumieć. Chodzi tu o ciebie, o twoją sytuację. I zagłosowałbyś za wyjściem? To zupełny brak odpowiedzialności. Przecież Brexit dotyczy właśnie Polaków i innych obcokrajowców! Wielu z nich podeszło do tych wydarzeń w ten sam sposób: "O, k… – impreza się skończyła". Zdobyli namacalny dowód na to, że nikt ich tu nie chce. Mogę sobie tylko wyobrazić, jakie to okropne uczucie. Kiedy z nimi rozmawiałem, a mowa tu o osobach, które zwykle zarabiają minimum krajowe, a do tego demonizuje się ich w mediach, zawsze słyszałem jedno: "Jesteśmy tu tylko gośćmi". A wiadomo, jak bywa z gospodarzem – po jakimś czasie może nagle zdecydować, że czas już, żebyś się wyprowadził. 

Ciężko tak żyć. 

Zwłaszcza jeśli pragniesz założyć rodzinę, zapuścić korzenie. Ci ludzie stanowią często podstawę naszej gospodarki. Kapitaliści ich kochają, bo zapracowują się na śmierć bez żadnego oparcia ze strony związków. Jak myślisz, co się stanie, kiedy ich zabraknie? Takie inicjatywy zachęcają ludzi do jak najgorszego zachowania. Niedługo w Australii ma się odbyć referendum w sprawie małżeństw homoseksualnych. Wyobrażasz sobie, co się tam będzie działo? Jaki brud wypłynie na powierzchnię? Brexit podzielił nasz kraj na pół – tam pewnie będzie tak samo. 

Z czego wynika to, że podejmując tak ważne decyzje, często sami strzelamy sobie w stopę? 

To dość skomplikowana kwestia, bo w każdym kraju wygląda to jednak nieco inaczej. W Wielkiej Brytanii sporo rozbija się o kwestię klasy, bo w naszym społeczeństwie wciąż odgrywa ona znaczącą rolę. I tu zaczyna się problem, bo nikt już nie wie, do jakiej właściwie należy. Dzieciak po studiach, pracujący za grosze w supermarkecie, to klasa średnia, ale bogaty biznesmen to już robotnicza. Ale dlaczego? Bo mówi z gorszym akcentem? Poza tym zbyt często wierzymy pustym obietnicom polityków. Trump to trudny przykład, bo nie wiadomo do końca, co zamierza zrobić w kwestii ekonomii. Sam pewnie jeszcze tego nie wie. Ale to nie jego najbardziej się boję, tylko Marine Le Pen. W Polsce politycy też chcą zresztą ułatwić życie wielu ludziom – zwłaszcza tym pragnących mieć duże rodziny. Trzeba jednak pamiętać, że nigdy nie chodzi im o nas, tylko o kolejne hasło wyborcze. Kiedy im się znudzi, znajdą sobie coś innego. 

Jak się przed tym bronić? 

Potrzebujemy czasu. Musimy wreszcie nauczyć się mówić o pewnych rzeczach na głos, bo zbyt wiele zostaje przemilczane. Stoimy u progu nowej ery i wszystkie katastrofy, które nas spotykają, bez względu na to, czy mowa o Trumpie, czy o Brexicie, powinny uzmysłowić nam jedno – nie możemy nigdy zakładać, że faszyzm jest już za nami. Obojętność, wzruszenie ramionami sprawia tylko, że rośnie w siłę. Na szczęście nie jesteśmy jeszcze na tym etapie. Ale kiedy słyszę, jak Trump publicznie stwierdza, że pewni ludzie nie są w jego kraju mile widziani, zaczynam czuć się nieswojo. Ujmę to tak: jeszcze nie siedzimy w pociągu jadącym do gułagu, ale zaczynamy już pomału spoglądać w tamtym kierunku. 

Rozmawiała Marta Bałaga


Marta Bałaga

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi”, "Sirp Eesti Kultuurileht”, "La Furia Umana” oraz "Dwutygodnika”. Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. 


czytaj także
Wywiad Skok wyobraźni [rozmowa z Eitanem Annerem] 11/08/17
Wywiad Dobry uczeń idzie do nowej szkoły [rozmowa z Andrzejem Chyrą] 11/08/17
Relacja KRONIKA 06 T-Mobile Nowe Horyzonty - sceny wybrane 11/08/17
Wywiad Chrystus był rewolucjonistą [rozmowa z Pippo Delbono] 11/08/17